Arashiyama

7 rzeczy, które zachwycają w Arashiyamie

  1. Po miesiącu spędzonym w Tokio tęskniliśmy za naturą. Nie jesteśmy szczególnie dziećmi lasu, namioty i te sprawy są fajne na wyjazdy ale życie nomada chyba nie do końca by nas przekonało, jednak ciągłe obracanie się pośród słupów z kablami i plastikowych budynków nastroiło nas nostalgicznie jeśli chodzi o potrzebę poobcowania z czymś stworzonym przez siłę wyższą a nie człowieka. Arashiyama spełniła tę potrzebę w 100 %. Już po wyjściu ze stacji można było się poczuć jak w innej bajce, miasteczko otoczone jest górami, zewsząd otaczają je przepiękne lasy, przez środek płynie szeroka rzeka, życie płynie jakoś spokojnie.dsc_7012dsc_7026dsc_7031dsc_7044dsc_7075dsc_7354dsc_7148dsc_7165
  2. Klimat górskiego miasteczka. Arashiyama ma w sobie to, co lubimy w Karpaczu czy Zakopanem. Idzie się w górę mijając urokliwe kramy z pamiątkami, lokalnym jedzeniem, mini muzea np. porcelanowych lalek, gdzie wejście zapewnia nam zakup symbolicznej pocztówki. Gdy przyjechaliśmy tam rano, można było chłonąć bez przeszkód klimat tego miejsca, jako że nie było wielu ludzi. Później niestety zrobił się duży tłok.DSC_7137.jpgDSC_7046.jpg
  3. Las bambusowy, czyli najsłynniejsze miejsce w Arashiyamie, do którego zjeżdżają się turyści z całego świata. Faktem jest, że spodziewałam się czegoś trochę innego, jakiejś takiej dzikości natury, spokoju, szumiących bambusów, no ale chyba znów przeważyła moja natura romantyczki, która musiała dość szybko zderzyć się z rzeczywistością. Wprawdzie las z traw (w końcu bambus to trawa!) nie spełnił tego mojego oczekiwania, jednakże mimo to zachwycił. Prawdą jest, że można poczuć się trochę jak mrówka wędrująca po trawniku, nagle przypominają się wszystkie makro filmy o owadach i wydaje ci się, że trafiłeś do innego świata.dsc_7087dsc_7091dsc_7145
  4. Monkey park Iwatayama. Mieliśmy na początku trochę mieszane uczucia, jako że Japończycy serdecznie odradzali nam podobny park na Takao. Jednak poczytałam trochę opinii na portalu Trip Advisor (który swoją drogą nie raz uratował nam tyłki) i zdecydowaliśmy się wybrać. Żeby dostać się do „małpiej skały” trzeba było uiścić opłatę i 20 min toczyć się na górę. Toczyć to celowe określenie, bo mimo że nie było daleko, to jednak poskutkowało zmęczenie i brak kondycji i dyszeliśmy gorzej niż mopsy po truchcie. Jednak już na szczycie powitały nas małpiszonki, japońska odmiana makaków, biegające swobodnie w te i wewte, pokrzykujące na ludzi i popiskujące za kawałkami jabłka. W epicentrum tego rozgardiaszu znajdowała się klatka. Dla ludzi. Można było tam zakupić jedzenie dla zwierzaków i przez kratki pokarmić. Atrakcja świetna, jeśli ktoś lubi zwierzęta i nie przeszkadza mu, że co chwila jakieś dwie kotłujące się małpy z czerwonymi dupskami przetaczają się koło niego, a kawałek dalej inne iskają miłośnie.dsc_7330dsc_7181dsc_7203dsc_7210dsc_7214dsc_7223dsc_7261dsc_7283dsc_7286dsc_7300dsc_7305dsc_7318dsc_7328
  5. Na osobny punkt zasługuje panorama, którą widać z małpiego gaju, gdzie roztacza się widok na całe Kioto. Zdecydowanie robi wrażenie. Podobnie z zejściem z góry, które wiedzie malowniczą ścieżką, wśród kolorowych drzew. Mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy na początki japońskiej jesieni, kiedy przekwitały już czerwone klony a krajobraz zaczął robić się wyjątkowo malowniczy.dsc_7287dsc_7342dsc_7346dsc_7349dsc_7351
  6. Miasto usiane jest świątyniami. Praktycznie co kilkadziesiąt kroków wpadamy na nowy okaz, a także na jej przedstawicieli w tradycyjnych szatach. Sprawia to wrażenie, jakbyśmy poruszali się po skansenie, gdzie jesteśmy gośćmi, gdzie podglądamy czyjeś życie. Człowiek ma naturę podglądacza, wiec podobało nam się !dsc_7052dsc_7060dsc_7357
  7. Urocze sklepiki z rękodziełem. Widać, że Japończycy cenią sobie rodzimą sztukę i starają się ją promować, szczególnie w takich tradycyjnych miejscowościach. W nowoczesnym Tokio ginie to w natłoku neonów i buchającej elektroniki, jednak w górskich miejscowościach można na spokojnie przyjrzeć się i pozachwycać misternymi wyrobami.

DSC_7131.jpg

Advertisements

Kioto – day 2.

Drugiego dnia zwiedzania jakimś cudem udało nam się wstać o 9:00. Szybko ogarnęliśmy się i o 9:30 byliśmy już gotowi do zwiedzania. Pogoda w dalszym ciągu zachęcała do spacerów, było ok. 18 stopni aż do wieczora, kiedy to zaczynało się robić chłodno. Nasze plany „zwiedzaniowe” robione wcześniej posypały się przez to, że pierwszego dnia zaspaliśmy, ale postanowiliśmy, że nadrobimy tak dużo jak się da. Celem na początek był przede wszystkim Dwór Cesarski. Próbując dostać się do niego natrafiliśmy na maleńkie muzeum naturalne, gdzie mogliśmy obejrzeć urokliwe eksponaty zasuszonych roślin oraz owadów. dsc_6573dsc_6574dsc_6575dsc_6580dsc_6581dsc_6584dsc_6585Sam dwór położony jest w pięknym parku, zespół budynków odgrodzony jest od alejek murem. Od 794 r. do 1868 r. stanowił on siedzibę rządu Japonii. Mur ciągnie się wzdłuż ścieżki parkowej sprawiając wrażenie jakby nigdy się nie kończył. Przy wejściu otrzymujemy numerek i obowiązani jesteśmy okazać co ze sobą wnosimy – ze względów bezpieczeństwa. W  ogrodach przypałacowych są tłumy turystów. Park wydawał się miłym odetchnięciem, jednak widać, że wszyscy przychodzą do niego głównie po to, żeby następnie wlać się potokiem ludzi do rezydencji cesarskiej. Za murem, w ogrodzie znajduje się kompleks budynków, które stanowiły dom nie tylko ważnych osobistości, ale również niższych dygnitarzy. Sama architektura budowli jest dość uboga, jak to bywa w tym kraju. Skąpe zdobnictwo, przede wszystkim funkcjonalność, często jedynymi ozdobami wewnątrz budynków są malowidła na ścianach. Budynki są niskie, co zapewne miało chronić przed tragedią w razie trzęsienia ziemi. Co ciekawe – poszczególne części pałacu nie są położone obok siebie a oddalone od siebie i oddzielone olbrzymimi płaszczyznami pustej przestrzeni. Mówiąc pustej mam dokładnie to na myśli – jedyną ozdobą jest tam wysypany żwir.dsc_6601dsc_6612dsc_6617dsc_6627dsc_6640dsc_6643dsc_6644dsc_6645dsc_6646dsc_6655dsc_6658dsc_6666dsc_6669dsc_6670dsc_6676dsc_6635

Po obejrzeniu najważniejszych budynków udaliśmy się do autobusu, zmierzając w stronę Nishiki Market. To taka nasza mała tradycja, że gdziekolwiek jesteśmy, musimy posmakować lokalnych przysmaków na tubylczym targu. Mam nawet swoje przekonanie, że nigdy nie poznasz dobrze danego miejsca, zanim nie udasz się na targowisko. Tak było i tym razem. Położony w niedalekiej odległości piechotą od Gion Nishiki Market jest schowany gdzieś pomiędzy wysokimi budynkami nowoczesnej dzielnicy handlowej. Prawdę mówiąc, gdyby nie mapa i nawigacja – zapewne byśmy tam nie dotarli sami z siebie. Kto by bowiem przypuszczał, że żeby odnaleźć prawdziwy raj dla zmysłów, trzeba zboczyć z pełnej kolorów, śpiewających bałwanów (tak, w październiku) i kipiącej życiem ulicy gdzieś w poboczne ścieżki, wiodące jakby donikąd. Trochę niepewni weszliśmy w jedną z takich uliczek, pewni że nawigacja znowu szwankuje, a na mapie jest błąd. Przeszliśmy kilkadziesiąt kroków i naszym oczom ukazał się szyld „NISHIKI”. Bingo. Pytanie tylko- gdzie targ? Okazało się, że biegnie on równolegle do głównej ulicy handlowej, co oznacza w skrócie tyle, że jest całkiem nieźle schowany. Gdy jednak podeszliśmy pod główny napis, naszym oczom ukazał się, zza buchającej pary jednego ze stoisk, niekończący się rząd straganów wiodących w górę oraz w dół ulicy. Zachwyceni, otumanieni kakofonią zapachów, smaków i doznań wszelakich, z zachwytem brnęliśmy coraz głębiej w rozochocony tłum. Zaledwie kawałek dalej ukazały nam się stoiska oferujące kiszonki. Około 150 rodzajów różnych kiszonek, rzodkiewki kiszone na 15 sposobów, kiszone orzechy, czosnek, w zasadzie wszystko prócz ogórków, co dla Polaka jest trochę niepojęte. Uśmiechnięty Japończyk zachęcał do próbowania- więc skorzystaliśmy. Wariacje smakowe, które się odczuwało można porównać do znanych z Harry’ego Pottera fasolek wszystkich smaków. Podchodziliśmy kolejno do różnych testerów, nie wiedząc do końca co to jest, próbując. Niektóre zachwycały delikatnością, inne porażały ostrością, a po jeszcze innych szukało się tylko wzrokiem jakiegoś kubełka, żeby gdzieś to do cholery wypluć.

Kolejną atrakcją były ryby. Ja wiem, co się myśli – jak to ryby? Ryby to atrakcja? No bo jak to brzmi, że ktoś się ekscytuje rybami na małym , lekko zatęchłym targowisku, o szerokości korytarza ok. 1,5 m. Przecież to musi nieziemsko śmierdzieć. Otóż nie. Tam ryby nie śmierdzą. W zasadzie -o tym, że stoisko jest rybne dowiadujesz się dopiero stojąc obok niego i oglądając stłoczone wszelakie dary morza na jednym małym straganowym stoliku. Są też tacy, którzy twierdzą, że cała Japonia pachnie rybą i coś w tym jest, co tłumaczyłoby moją niechęć do KAŻDEGO rodzaju jedzenia na początku wyjazdu, ale jak to mówią „ człowiek nie świnia, zje wszystko”. Do wszystkiego idzie się przyzwyczaić, mija czas a Ty zachwycasz się świeżością, zamiast pociągać nosem z niesmakiem. Na jednym z takich stoisk zjedliśmy najświeższe sashimi z łososia w życiu. Surowe mięso, pokrojone w drobne kawałeczki, maleńki stoliczek o wymiarach 20×20 cm i gruba Japonka z bezzębnym uśmiechem. Raj. Po pierwszym kęsie zapominasz o tym, że tłumy ludzi napierają na Ciebie, żeby dostać się do straganu, po drugim dryfujesz gdzieś po Morzu Japońskim razem z tym nieszczęsnym łososiem. Po trzecim już Ci tylko smutno, że porcja taka mała.

Na Nishiki można spotkać różne cuda. Lizaki z pieczonej ośmiornicy, gdzie nabijają przy Tobie takiego nieszczęśnika na patyczek od szaszłyka i opiekają nad palnikiem albo na grillu. Dostajesz lekko dymiący, przypieczony i czasem trochę machający nóżkami. Smażone skrzydełka z wróbla. Suszone skrzydełka z wróbla. Jeżowce na surowo. Lody z zielonej herbaty (nie o smaku a robione z matchy). Kulinarny raj dla niektórych, dla innych zaś koszmar. Nie można jednak nie stwierdzić, że zdecydowanie każdy znalazłby coś dla siebie na Nishiki.dsc_6695dsc_6696dsc_6698dsc_6701dsc_6705dsc_6708dsc_6710dsc_6711dsc_6713dsc_6715dsc_6718dsc_6723dsc_6731dsc_6732dsc_6737dsc_6736dsc_6735dsc_6734dsc_6733dsc_6728dsc_6724

Po całym tym obżarstwie udaliśmy się piechotką na Gion. Tydzień wcześniej dla odświeżenia obejrzeliśmy film Wyznania Gejszy, także przechadzając się uliczkami Kioto mieliśmy wrażenie jakbyśmy odwiedzali miejsca gdzie przebywała filmowa Sayuri. Na Gion czekałam niecierpliwie, łudząc się, jak zapewne większość gaijinów, że zobaczę gejszę. No cóż, niedoczekanie, za to zobaczyłam milion Chinek w ubraniu gejszy.

Żeby z Nishiki dostać się do dzielnicy Gejsz należy przejść przez most. Zaraz za mostem wita nas rzeźba gejszy. Stacja Gion znajduje się na głównej ulicy, pełnej kramów z pamiątkami i restauracji. Byłam trochę przerażona idąc tamtędy, no bo jak to – to jest ten słynny Gion? No ale nie byłabym sobą, gdybym nie zaciągnęła M. w boczne uliczki. Nie dość, że trafiliśmy do pięknej świątyni, to wreszcie znaleźliśmy się w TYM Gion. Spokojnym, jakby opuszczonym, sennym, gdzie raz na jakiś czas przemykała jedna osóbka, zagubiona wśród drewnianych domków. Dopiero tam dało się poczuć klimat miejsca.

Co ciekawe, przy wejściu w jedną z takich bocznych uliczek widnieje znak, mówiący dość obrazowo, że nie należy niepokoić gejsz.dsc_6747dsc_6749dsc_6751dsc_6753dsc_6756dsc_6795dsc_6784

Niestety oprócz włóczenia się uliczkami nie było tam zbyt wiele do roboty, toteż zebraliśmy się w dalszą trasę. Po drodze mijaliśmy dziesiątki wypożyczalni kimon, gdzie najtańsze zaczynały oferować swoje usługi za 2500 jenów za dzień (ok.100 zł), co jest zdecydowanie niewygórowaną ceną. Chcieliśmy dojść do świątyni Kiyomizu Dera. Oczywiście, jak to my, po drodze się zgubiliśmy. I bardzo dobrze, bo trafiliśmy w uliczkę, która chyba była jedną z piękniejszych podczas pobytu w Kioto. Uliczka zdecydowanie tradycyjna, z niskimi domkami, pełna kramików nie tylko z kiczowatymi pamiątkami ale również rękodziełem. Tam też po raz pierwszy kupiliśmy lody sojowe z zielonej herbaty i „o jezu jakie to dobre” ! M. później dopiero wyczytał, że to cudo architektoniczne, na które trafiliśmy to świątynia Yasaka. Stoi u szczytu uliczki i robi naprawdę spore wrażenie. Ciekawe jest też to, że wjeżdżają tam rikszarze mimo tego, że uliczka jest naprawdę stroma.dsc_6805dsc_6812dsc_6820dsc_6823dsc_6843dsc_6851dsc_6853dsc_6855dsc_6863dsc_6865dsc_6868

Błądząc gdzieś pomiędzy ścieżkami dotarliśmy w końcu do wejścia do Kiyomizu Dery. Powitały nas pomarańczowe kolosy, stanowiące idealny przykład japońskiej architektury sakralnej. Jak z pocztówki lub obrazka. Sama Kiyomizu Dera położona jest na skraju góry, dzięki czemu mamy piękny widok na wzgórza okalające Kioto, stanowi ona taras widokowy. Co zabawne, o tym, że to już TA budowla dowiedzieliśmy się dopiero schodząc z niej, gdyż dopiero wtedy naszym oczom ukazał się ten „pocztówkowy” widok. Zdecydowani robi wrażenie, jak kolos wyłania się z lasu, wtapiając się niejako w krajobraz. Stojąc kawałek dalej nie widać, że turyści tłoczą się tam jak mrówki, wydaje się jakby świątynia wręcz gardziła tymi ludźmi, którzy ją w jakiś sposób profanują robiąc selfie w wypożyczonych kimonach. Udając się małymi schodkami ukrytymi trochę  z boku  w górę trafiamy na słynne kamienie miłości – gdy przejdzie się pomiędzy nimi z zamkniętymi oczami, z imieniem ukochanej osoby na ustach oznacza to, że miłość będzie trwała wiecznie. M. się udało, ja nie próbowałam, bo nagle zainteresowały się kamieniami tłumy dzieci. Miejmy nadzieję, że jedna strona wystarczy i jest dla nas szansa.dsc_6874dsc_6891dsc_6894dsc_6905dsc_6910dsc_6929dsc_6935dsc_6942dsc_6946dsc_6954dsc_6964dsc_6975dsc_6977

Nie jestem fanką japońskiej architektury, ale przyznam kolejną rzecz- potrafią stworzyć naprawdę prostą i oszczędną w stylu budowlę, a jednocześnie nadać jej aurę majestatyczności, tajemnicy i powagi, nie uciekając się do bogactwa i przytłoczenia.

Gdy zeszliśmy na dół, zaczynało zmierzchać. Kolejny intensywny dzień dobiegał końca. Przy staczaniu się ze wzgórza trafiliśmy na darmową degustację sake, którą przeprowadzał bardzo sympatyczny Kanadyjczyk. Wytłumaczył nam cały proces tworzenia tego alkoholu, różne rodzaje, po czym dał do spróbowania trzy różne typy. Naszym faworytem okazało się słabe, musujące sake, podobne nieco w smaku do wytrawnego cydru, jednak pozbawione owocowej nuty. Dostaliśmy w ramach podziękowania za wypełnienie ankiety po małej buteleczce tego przysmaku i garść informacji na temat destylacji sake 🙂

15228044_1537409589609406_1352950346_n15240285_1537409592942739_72243972_n15175508_1537409466276085_648547398_n

Kioto – Day 1.

Wycieczkę zaplanowaliśmy z 2 tygodniowym wyprzedzeniem, więc chyba było to najszybsze last minute jakie kiedykolwiek odbyliśmy. Nie ukrywam, że trochę mnie to stresowało, jako że muszę mieć wszystko porządnie zaplanowane bo zazwyczaj szkoda mi czasu i środków wydanych na podróż, żeby po prostu włóczyć się bez celu i przez to ominąć najciekawsze rzeczy. Zaraz więc po kupieniu biletów przysiadłam do organizacji wyjazdu. Zdecydowaliśmy, że pierwsze dni spędzimy w Kioto, z czego jeden dzień poświęcimy na Narę, następnie udamy się do Tottori a stamtąd  z powrotem na południe – tym razem do Osaki. Jako sposób transportu wybraliśmy samolot, z uwagi na to, że nie przysługuje nam JR pass czyli zniżkowy bilet na wszystkie linie Japan Rail, a ceny shinkansenów są naprawdę spore. Lot kosztował nas ok. 700 zł za dwie osoby w dwie strony, jednak z dojazdami na lotnisko wyszło nas ok. 1100 zł za sam dojazd. Nie jest to mało, ale należy pamiętać, że w Japonii komunikacja jest naprawdę bardzo droga. Gdybyśmy mieli wybierać drugi raz, zapewne udalibyśmy się autobusem.

Lot mieliśmy wieczorem, z Narity w Tokio, która jest od nas oddalona o 120 km. Podróż na lotnisko zaczęliśmy o 16:30, zajęła nam niecałe 2 h, z tym że nie korzystaliśmy z ekspresu Skyliner, a jechaliśmy normalnymi liniami kolejowymi. Co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło – w lotach krajowych w Japonii praktycznie nie istnieje kontrola – duże pojemności płynów potrafią przejść, jedynie proszą o to, żeby nie posiadać przy sobie butelek z napojami – ale kosmetyki itp. – bez problemu. Wszystko odbywa się bardzo spokojnie, na luzie. 10 min. przed planowanym wylotem stewardessa zaprosiła wszystkich do bramki, gdzie po prostu wpuściła nas do samolotu. Poczułam się troszkę jakbym jechała autobusem 🙂 Lądowaliśmy na lotnisku Kansai, jednakże w nocy nie było go widać. Stamtąd musieliśmy dostać się do Kioto co nie było superłatwym wyczynem, jako że lądowaliśmy o 22:30, a w Japonii nocne pociągi są rzadkością i zazwyczaj ich częstotliwość jeżdżenia jest dużo niższa niż tych kursujących w ciągu dnia. Udało nam się jednak prawie na styk wsiąść do metra wiozącego z lotniska i w ciągu godziny dotrzeć do Kioto. Co ciekawe – o północy w pociągu był taki sam tłum jak w godzinach szczytu. Nie było wolnego miejsca, żeby stanąć a co dopiero usiąść. Ściśnięci jak mrówki, niesamowicie zmęczeni wysiedliśmy na stacji Katsura. Z ciężkimi plecakami podeszliśmy do mieszkania, które wynajęliśmy na Airbnb, dzwonimy – cisza. Drugi raz – cisza. Dzwonimy do mieszkania, które jest na dole (była 1:00 w nocy, więc z jednej strony było nam cholernie głupio, że komuś zakłócamy sen, ale z drugiej jednak nie uśmiechało nam się spędzić nocy na wycieraczce), ale pani w czepku do spania w ogóle nie wiedziała co to jest Airbnb, nie mówiąc o tym, że chyba poczuła się obrażona, że oskarżamy ją w ogóle o coś takiego jak Airbnb, jakby była to zakaźna choroba.

Nie pozostało nam nic innego jak próbować dobić się telefonicznie do naszego hosta. Nie odbierał. Napisałam smsa. O 5 minutach (dzięki niebiosom!) dostałam odpowiedź z pytaniem „Gdzie jesteście?”. Odpisałam, że czekamy przed jego domem. Co się okazało? Usłużny Japończyk przyjechał po nas samochodem na stację główną Kioto, gdyż uznał, że tam będzie nam najprościej się dostać, a nie chciał, żebyśmy z bagażami tłukli się przez miasto o 1:00 w nocy. Miał nawet śliczną tabliczkę z moim imieniem, żebyśmy na pewno go rozpoznali. Niestety nie zrozumieliśmy go, gdyż konwersacja mailowa przebiegała przez tłumacz google, on usilnie próbował pisać po angielsku, mimo zadawanych przez nas pytań po japońsku. Szczęśliwi, że jednak nie będziemy spać na wycieraczce szybko rozłożyliśmy futony i zasnęliśmy w mgnieniu oka.

Na następny dzień mieliśmy dość dużo zaplanowane, ale zmęczenie zrobiło swoje i spaliśmy do 10:00. Jakoś się zwlekliśmy z łóżka, ale koniec końców dopiero o 12:00 tak naprawdę zaczęliśmy zwiedzanie. Chwilę zajęło nam szukanie opcji na dojazd do świątyni Fushimi Inari, po dłuższym czasie spędzonym na wyszukiwaniu rozwiązań doszliśmy do wniosku, że najwygodniejszą opcją jest kupienie całodniowego biletu autobusowego za 500 jenów. Z dobrodziejstw takich biletów korzystaliśmy przez kilka kolejnych dni, co za każdym razem zdecydowanie nam się opłacało. Komunikacja miejska w Kioto i Osace jest zdecydowanie tańsza niż w Tokio, jednakże istnieje jeden zasadniczy minus – zazwyczaj cena za autobus, niezależnie od długości trasy jest stała i wynosi ok. 230 jenów. Dlatego też zdecydowanie opłaca się kupić bilet 500 jenowy i nie martwić ilością przejazdów. Warto jednak pamiętać, że bilet ten działa tylko w wyznaczonych granicach miasta, poza nimi należy uiścić dodatkową opłatę.

Zdecydowaliśmy, że po drodze do Fushimi Inari zahaczymy o kompleks świątynny Tō-ji. Przechadzając się wśród uliczek natrafiliśmy na prawdziwą czaplę rezydującą w malutkim kanale przy ścieżce. Świątynie sąsiadujące są bardzo ładne, jednak muszę przyznać, że po takim natężeniu podobnego stylu w Tokio zaczęły mi się wszystkie mieszać i nastąpił efekt podobny jak przy zwiedzaniu zbyt dużej ilości kościołów na wycieczce szkolnej – było mi wszystko jedno. Gdzieś tam w oddali jednak majaczyła ta właściwa budowla, zdecydowaliśmy się więc wejść do otaczającego ją ogrodu i zobaczyć z bliska. I tu nagle nastąpiło olśnienie, bo mimo tego, że cały kompleks znajduje się w centrum miasta, to malutki stawik, urokliwa roślinność i wyrastająca nagle przed nami majestatyczna świątynia, nie przypominająca już schroniska górskiego robią naprawdę duże wrażenie.dsc_6195dsc_6200dsc_6204dsc_6218dsc_6227dsc_6231dsc_6232dsc_6242dsc_6245dsc_6248dsc_6257dsc_6264dsc_6276

Pełni entuzjazmu, że „jednak coś z tego będzie” ruszyliśmy dalej. Do kolejnej świątyni, którą mieliśmy zamiar odwiedzić wiodła uliczka pełna kramów z pamiątkami i stoisk z jedzeniem na wynos. Były tam różne cuda takie jak ciasteczka mochi, opiekane ośmiorniczki, pieczone kasztany, czy lody z zielonej herbaty. Nie skusiliśmy się jednak na nic z uwagi na bardzo wysokie ceny. Co nas zaskoczyło, mimo że wcześniej o tym czytaliśmy? Multum, ale naprawdę multum ludzi w wielobarwnych kimonach. Dreptając lekko pokracznie w japonkach przypominali wielobarwne motyle. Jak dowiedziałam się wertując różne strony internetowe, a także przysłuchując rozmowom – w większości to turyści z zagranicy, głównie Chińczycy, którzy chcą za wszelką cenę poczuć klimat miejsca, które zwiedzają. Nie ukrywam – kusiło mnie, żeby chociaż na chwilę wdziać przepiękny, kolorowy strój, jednak myślę, że przy pokonywaniu trasy 20 km. dziennie nie byłby to najmądrzejszy pomysł, aby zmieniać wygodne adidaski na japonki i skarpetki.dsc_6284dsc_6285dsc_6286dsc_6289dsc_6279dsc_6288dsc_6291

Przy wejściu do Fushimi Inari powitała nas potężna brama torii. Bramy te symbolizują przejście ze świata doczesnego do świata boskiego, nieskończonego. Już sama jedna sztuka robi wrażenie, za to to, co zobaczyliśmy później wręcz zwaliło nas z nóg. Tłumy ludzi kotłowały się przy wejściu na wzgórze, co nieco nam popsuło humory, bo jednak takie miejsca zdecydowanie lepiej „smakują” gdy można je odrobinę chociaż pokontemplować. No ale cóż – Azja rządzi się swoimi prawami, więc pogodzeni z losem ruszyliśmy z tłumem. dsc_6290dsc_6294dsc_6303dsc_6304Przez nami ukazały się słynne, postawione jedna za drugą bramy, o wściekło pomarańczowym kolorze, wiodące aż na sam szczyt wzgórza. Co jakiś czas idąc dróżką, można było napotkać kapliczki wraz z figurkami lisków, które jej strzegły. Warto wspomnieć, że historia tej świątyni sięga VIII w. n. e. co zdecydowanie da się odczuć przechadzając pomiędzy bramami. Jakaś pierwotna siła, jakaś magia, jakiś spokój emanuje  z korytarza, z głazów znajdujących się w lesie, z mchu. Byliśmy tam w deszczowy dzień, jednak wydaje się, jakby mgła była nieodłącznym elementem tego miejsca, nadającym mu aurę mistyczności. Z czasem ludzie zaczęli się wykruszać. Przy szczycie nie było praktycznie nikogo, nie było najmniejszego problemu, aby przez chwilę pobyć samemu wśród pomarańczowych kolosów. Samo wzgórze ma 233 m. n.p.m. jednak wspinanie zajęło nam ok. 1,5 h z uwagi na to, że zatrzymywaliśmy się co chwila, żeby popatrzyć, trochę zboczyć z trasy, czy poobserwować babcię prowadzącą tradycyjną japońską kawiarnię obok jednej z kapliczek. Podczas schodzenia natrafiliśmy na niesamowity taras widokowy. Mieliśmy szczęście trafić na czas niedługo przed zachodem słońca, dzięki czemu widoki były niezapomniane. Siedząc tam na głazie, gdzieś 100 metrów nad Kioto, oglądając panoramę, słońce prześwitujące zza chmur, grzejąc się w ostatnich tego dnia ciepłych promykach pomyślałam sobie, że to są chwile, kiedy wiem, dlaczego tak bardzo kocham podróżować 🙂dsc_6312dsc_6317dsc_6321dsc_6336dsc_6347dsc_6357dsc_6364dsc_6369dsc_6380dsc_6395dsc_6396dsc_6403dsc_6442dsc_6447dsc_6453dsc_6460dsc_6463dsc_6478dsc_6482dsc_6490dsc_6496

Jishin means earthquake

Zaraz przed szóstą rano czasu tokijskiego zmęczonych całym ciężkim dniem człowieków zerwało z łóżka dzikie łupnięcie. Zaspana, wybitnie przytomnie zadałam inteligentne pytanie ” Co to do jasnej… jest?” na co M. równie trzeźwo i z lekkim zdegustowaniem, jakby nie mógł pojąć jak nie ogarniam tak oczywistej prawdy odpowiedział ” No jak to co? Przecież trzęsienie ziemi”. Przez kolejne dwie minuty naszym plastikowym domkiem dla lalek wstrząsały dzikie spazmy, jakby ktoś wsadził go na dach rosyjskiej ciężarówki i jechał po wyboistych mongolskich drogach. Po tym czasie nastąpiło kilka mniejszych drgań i nagle jak wszystko się zaczęło, tak się uspokoiło.

W ten sposób przeżyliśmy pierwsze  poważniejsze trzęsienie ziemi w naszym życiu. Dotychczas dwa razy mieliśmy sposobność doświadczyć drobnych wstrząsów, jednak nie było to nic większego niż wrażenie, że kilkoro Brazylijczyków biega piętro wyżej. Tym razem jednak zrozumiałam dlaczego ludzie zrywają się w panice, dlaczego uciekają na wieść o spodziewanym zagrożeniu, dlaczego ewakuują się, zostawiając cały dobytek życia za sobą, byleby dalej od epicentrum. Nasza miejscowość położona jest 300 km. od centrum drgań. W Fukushimie magnituda wynosiła 7,4 podczas gdy u nas było to zaledwie 3. Jednakże nawet tak niska wartość sprawiła, że zaczęliśmy żałować, że kiedykolwiek oduczyliśmy się korzystać z pampersów. Warto dodać, że M. dostał rano smsa od koleżanki Japonki, która pytała o samopoczucie po trzęsieniu ziemi, bo sama je przespała.

Śledziliśmy japońską telewizję, co zdarza nam się naprawdę rzadko. Od chwili trzęsienia ziemi do studia napłynęło wiele filmików oraz nagrań z kamer przemysłowych, które zarejestrowały ruchy tektoniczne. Sam moment trzęsienia ziemi w pobliżu Sendai i Fukushimy był straszny, znacznie gorszy niż nasza poranna pobudka. Na szczęście nic się nie zawaliło, ani nikomu nie stała się poważniejsza krzywda. Zapowiadane tsunami zalało kilka przybrzeżnych miejscowości, lecz fala portowa nie przekroczyła 1,5 metra. Całe życie toczyło się jak zwykle, ogłoszono jedynie 30-minutowe opóźnienie Shinkansena grupy JR East, jadącego przez Sendai do Iwate. Zdumiewająca ta Japonia…

Mount Takao 高尾山

 

Przechadzając się po uniwersyteckim kampusie na początku października, O. zauważyła pewien plakat. Nie wyróżniał się specjalnie spośród wszystkich innych poza jedną kluczową rzeczą – jako jedyny był napisany po angielsku. Oferował on grupową wycieczkę na Górę Takao w towarzystwie anglojęzycznych przewodników, którzy chętnie pokażą studentom najpopularniejszą górę w Japonii.

Dlaczego najpopularniejszą? Czemu nie jest to Fuji? O czym dowiedzieliśmy się dopiero w czasie wycieczki, Takao to najczęściej odwiedzana góra w Japonii. W ciągu roku przewija się przez nią dwa miliony Japończyków, głównie z okolic Tokio. Ściągają tu ludzie w każdym wieku i o każdej porze roku. Statystyki statystykami, ale odczuliśmy to na własnej skórze. Pobudka siódma rano w niedzielę, choć oboje nienawidzimy wstawać o takiej nieludzkiej porze. Zaraz po 9:00 dotarliśmy do miejsca spotkania, na stację Takaosanguchi. Nie spodziewałem się, znając nawet polskie świąteczne wyprzedaże karpia w Lidlu, spotkać takiej ilości ludzi, którzy ślepo kierują się na wysoką na zaledwie 599 (nawet nie 600) metrów górę. Obraz japońskiego turyzmu w tym miejscu był różnorodny – od rodzin z dziećmi, psami na smyczach, ubranych w klapki i krótkie spodenki, aż po „profesjonalistów” w najdroższych butach trekkingowych z kijkami bóg wie do czego. Przez chwilę poczułem się jak w domu, mając przed oczami obraz niedzielnej Sobótki, ale wydaje mi się, że w tym miejscu zaczynam narażać się i Polakom i Japończykom, dlatego przejdę do dalszej części.dsc_6177dsc_6001dsc_5992dsc_5938dsc_5917dsc_5911

Ku naszemu zdziwieniu powitała nas grupka Japończyków w, nie wiem jak ująć to dyplomatycznie, podeszłym wieku. Powitali nas płynną angielszczyzną, co było drugim szokiem, patrząc na to, że w tym kraju młodzi, a więc najbardziej zglobalizowani, mówią po angielsku gorzej niż słabo. Nie minęło więcej niż dwie minuty, a staliśmy się główną atrakcją całej grupy złożonej z ośmiu osób. Pytano nas o wszystko – wiek, zainteresowania, wykształcenie, powód przyjazdu do Japonii, doświadczenia związane z pobytem, życie w Polsce. Wydaje mi się, że spodobaliśmy się naszym przewodnikom, bo bardzo często do nas podchodzili i próbowali rozmawiać na jakikolwiek temat. Do grupy dołączyło także kilka innych osób korzystających z anglojęzycznych przewodników, w tym jedna Polka z wymiany, studiująca regularnie w Kopenhadze, Hindus, Włoszka i Austriak. Po podziale na dwie mniejsze grupy ruszyliśmy do kasy z biletami. Cel: pojazd kolejką torową na wysokość 200 metrów wzdłuż zbocza o nachyleniu prawie 39 stopni. Szczerze powiedziawszy byłem rozczarowany, że nie wchodzimy zwykłym szlakiem, bo jedną trzecią trasy zostawiliśmy za sobą ot tak, bez żadnego zmęczenia, ale jako, że byliśmy gośćmi, nie wypadało dyskutować z góry ustalonym planem. Po wjechaniu kolejką przez całą trasę na górę otrzymywaliśmy porcjami różne ciekawostki na temat tego miejsca,m.in. to, że jest ono siedliskiem latających wiewiórek a także przechodziliśmy koło kilkunastu świątyń, w tym jednej szczególnie pięknej – wzorowanej na tajskiej architekturze, z którą wiązała się ciekawa legenda.

Tłumy na dole niestety nie odzwierciedlały tego, co się działo na górze. Szeroki plac wokół kas do kolejki mógł pomieścić dużo osób, które ciągle pojawiały się i znikały. Dużo gorzej sytuacja wyglądała na wąskich ścieżkach na wysokości 200 metrów. Szczerze powiedziawszy trochę byłem podłamany tym tłokiem, patrząc na to jak każdy skrawek ziemi został dostosowany przez Japończyków do masowych pielgrzymek. Ujarzmiona natura, metalowe barierki, betonowe krawężniki i schody. Wszystko to sprawiało, że choć trasa była łatwa, wydawała się bardzo męczącą. Humor nieustannie poprawiali nam przewodnicy, opowiadając o ciekawostkach związanych z górą, jej historią, a także całą otoczką sakralną. Nauczyliśmy się jak prawidłowo obmywać ręce przed modlitwą w świątyni szintoistycznej, jak również poznaliśmy wiele ukrytych przekazów w figurach boskich postaci, jak i samych budowli. Oprócz tego staraliśmy się dużo rozmawiać o wszystkim i z każdym, bo brakowało nam kontaktu z innymi ludźmi.

Nim nie spojrzałem na zegarek była już godzina 13:00 i znajdowaliśmy się na szczycie. Nie muszę dodawać, że tam też było mnóstwo ludzi. Jakoś przyzwyczaiłem się do tego tłumu, lecz nie potrafiłem zrozumieć dlatego Japończycy siedzą na wielkich rozłożonych na ziemi płachtach, usiłując zjeść swój lunch. Jak dla mnie były to fatalne warunki do jedzenia, ale wkrótce i my znaleźliśmy dalej wolną ławkę, przy której usiedliśmy i zjedliśmy mały posiłek. Nasi przewodnicy okazali się nie tylko przemili ale także gościnni i uraczyli nas swoimi specjałami bento – japońskim omletem domowej roboty i innymi cudami.dsc_6088dsc_6086dsc_6029dsc_6032dsc_6077dsc_6024dsc_6021dsc_6011dsc_5969dsc_5919dsc_6094dsc_6095dsc_6102

O wiele bardziej podobała mi się drogą powrotna. Tym razem otrzymaliśmy wybór i postanowiliśmy, że wrócimy całkowicie na własnych nogach. Nie wiedziałem, że będzie to niepopularna dla Japończyków decyzja, bowiem większość z nich wybrała standardową podróż śladami torów. Razem z nami pozostała jedynie połowa grupy, w tym czwórka japońskich przewodników, którzy za punkt honoru postawili sobie towarzyszyć nam do samego końca, jak również przekazać nam jak najwięcej ciekawych informacji. Nie żałowaliśmy naszej decyzji, bowiem po pięciu minutach przedzierania się przez tłumy japońskich turystów weszliśmy na szlak górski. Niczym nie różnił się polskich szlaków w Karkonoszach, czy Tatrach, ale miał w sobie nieco japońskiej aury. Niektóre odmiany tropikalnych roślin, przeplatające się z wszechobecną paprocią i liściastymi drzewami, wydzielały specyficzny zapach. Mimo wszystko powietrze było bardzo świeże i wilgotne, doskonałe do niedzielnego odpoczywania na łonie natury. Do tego był ruch, rozgrywka intelektualna i doborowe towarzystwo – myślę, że nie można było w żaden sposób narzekać.dsc_6171dsc_6161dsc_6160dsc_6159dsc_6158dsc_6127dsc_6124dsc_6119dsc_6118dsc_6116

Schodząc powoli w dół, natknęliśmy się na wodospad. Nie był on jakość szczególnie imponujący pod kątem wielkości, czy też kształtów, które oferował, ale zaciekawiła mnie jedna historia z nim związana. Według japońskich przewodników jest to wodospad, który nie zamarza w zimie i jest wykorzystywany do treningu umysłowego (ściślej mówiąc – mentalnego, ang. mental training, jap. メンタルトレニング, mentaru toreningu) przez buddyjskich mnichów. Gdy mają jakieś chwile słabości, pokusy, a nawet ćwicząc silną wolę na przyszłość, siadają u stóp wodospadu, idealnie kierując na swoją głowę i kark całość spadającej wody. Ponoć najbardziej wytrwali potrafią siedzieć po kilka godzin, przeważnie sesja trwa jednak do 30 minut intensywnej medytacji. Nie wiem czy gdzieś po drodze wspomniałem, że woda ma około 8 stopni, więc nie jest o wiele cieplejsza niż mleko wyciągnięte prosto z lodówki. Nie wiem czy japońscy lekarze są biegli w leczeniu hipotermii, ale nie umiem sobie wyobrazić nawet moczenia stóp przez pięć minut w takiej wodzie.dsc_6156dsc_6147dsc_6129dsc_6131

O 14:45 wycieczka dobiegła końca. Doszliśmy po punktu początkowego – kas biletowych. Nie byliśmy specjalnie zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. Tego dnia zobaczyliśmy wiele w doborowym towarzystwie. Na zakończenie całego wypadku przeszliśmy na piechotę wzdłuż całej miejscowości do głównej stacji przy Takao. Jak O. stwierdziła, miasteczko jest urocze, pomimo tego, że to ciągle Tokio. Z jej ust to szczególny komplement. A na zasłużony obiad poszliśmy na talerzykowe sushi!

 

Festiwal, cesarz i inne takie.

Na zeszłą sobotę czekałam jak na zbawienie. W dzielnicy Roppongi miał się odbyć polski festiwal organizowany przez odnóże ambasady. Z podekscytowania nie mogłam spać przez dwa dni! Dlaczego? Otóż na festiwalu mieli sprzedawać pączki, pączusie. Po 3 tygodniowej ciężkiej walce z cudami japońskiej kuchni byłam przeszczęśliwa, że będę mogła wreszcie chociaż chwilowo, chociaż na niby wrócić do ojczyzny. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się, że będę aż tak tęsknić i że aż tak trudno będzie się zaaklimatyzować. Jednak najwyraźniej, w cwaniackim podejściu „ tyyyle już widzieliśmy, co to dla nas kolejny kraj!” nie uwzględniłam, że ten kraj znajduje się naprawdę na końcu świata, jest to zupełnie inna kultura, totalnie inna mentalność.

Wracając do tematu – z samego rana, bladym świtem o 10:00 udaliśmy się do Roppongi. Wysiedliśmy na przystanku o tej nazwie i musieliśmy dojść 800 m. do tzw. Roppongi Hills, czyli kompleksu kulturalno-handlowego, gdzie często odbywają się różne eventy, można posiedzieć na ławce, odpocząć, albo pochodzić po sklepach lub muzeach. Niedużą chwilę zajęło nam szukanie festiwalu – prawdę mówiąc po prostu przeszliśmy się wzdłuż kompleksu aż na niego trafiliśmy. Ok. 20-25 stoisk rozstawionych w sporym holu, scena, 2 foodtrucki i stoliczki. Ot, cała historia. Oczywiście pierwsze co, mój niespokojny wzrok szukał pączków. Są! Jeden z foodtrucków, z wywieszoną tabliczką „Pączki”, sprzedawał zarówno te polskie cudeńka, jak i makowiec. Podeszliśmy podekscytowani… no i podekscytowanie opadło jak zobaczyliśmy cenę. Ok. 16 zł za jednego pączka. Była promocja, że za 3 pączki płaci się 1000 jenów, czyli ok. 37 zł. Kupiliśmy. Do wyboru były chyba 4 smaki – malina, czekolada, róża oraz hit sezonu – toffee. Były to najdroższe pączki, jakie jadłam w życiu, no i ku rozczarowaniu wcale nie najlepsze. Nie powalały ani względami wizualnymi ani smakiem, były jakby lekko czerstwe (mimo, że ciepłe!), nadzienie wybitnie sztuczne. Dostaliśmy ulotkę, jak potem M. wyczytał – pączki są sprowadzane mrożone z Polski a na miejscu tylko smażone przez Japonkę zafascynowaną polską kulturą. Nasuwa się pytanie – skoro jest aż tak zafascynowana, to czemu nie zrobi pączków sama?14859409_1498134173536948_1370656232_odsc_5767

Drugi foodtruck o swojskiej nazwie “smok wawelski” sprzedawał „typowo polskie” jedzenie, w menu znalazły się pierogi, bigos, pieczona kaczka z ziemniaczkami i żurek. Ceny jednak były kosmiczne, w granicach 60 zł za miskę bigosu.dsc_5769

Na scenie, Japończycy tańczyli polskie tańce ludowe ubrani w tradycyjne stroje. Nie powiem – było to na swój sposób wzruszające, spowodowało że jeszcze bardziej zatęskniłam za krajem. Festiwal jednak trochę nas rozczarował, na tyle stoisk tylko kilka wystawiało typowo polskie produkty. Na jednym jako tradycyjne polskie jedzenie sprzedawano sardynki w puszce i chipsy w kształcie buziek. Najbardziej z polskich miast promowana była Łódź, ze względów znanych tylko i wyłącznie organizatorowi.1

W każdym razie – nie zabawiliśmy tam długo, po ok. 20 minutach zmyliśmy się, żeby jeszcze rozejrzeć się po okolicy. Roppongi Hills okazało się areałem z niezwykle ciekawymi instalacjami – jak mnie zwykle trzęsie na samo słowo „instalacja”, o tyle tutaj miało to całkiem zrozumiałe znaczenie. Rzeźba w kształcie psychodelicznego pająka, altanka z wielką różą obok niej, materiałowe potężne kwiaty zawieszone nad ruchomymi schodami.  Z ciekawością obejrzeliśmy te cuda i zdecydowaliśmy, że pora pójść dalej. Szybka orientacja w terenie – idziemy do pałacu cesarskiego! Blisko? Nieee, dość daleko, ale co tam. Przejdziemy się. Zanim jednak zdążyliśmy zrealizować ten ambitny plan, trafiliśmy na kawiarnię Cinnabon. Oczy zaświeciły mi się jak ledy w japońskich ciężarówkach i ciagnąc M. za rękaw – musiałam tam wejść i zjeść chociaż maluśkiego rollsa. Było warto, w przeciwieńtwie do pączków!dsc_5780dsc_579714813202_1498134056870293_101366586_o

Opatrzność chyba nad nami czuwa, bo na tym spacerze  trafiliśmy na lokalny targ z organicznymi produktami, gdzie sprzedawcy częstowali swoimi wyrobami, dzięki czemu mieliśmy okazję popróbować ichniejszych specjałów. M. oczywiście musiał wyhaczyć wszystkie możliwe pieski na targu i wytarmosić je na oczach uśmiechających się właścicieli. Powiem szczerze, że ciekawym doświadczeniem jest, kiedy idzie się wzdłuż takiego targu, dzieci nagabują Cię, żebyś zajrzał do nich, oczywiście po japoński i w momencie jak M. po japońsku odpowiada tworzą wielką grupę, rozdziawiają szeroko skośne oczka i krzyczą „on mówi po japońsku, on mówi po japońsku!”.

dsc_5830eddsc_5818dsc_5803

Dotarliśmy wreszcie do pałacu cesarskiego. Właściwie gdyby M. mi nie powiedział, że to JUŻ TU, to zapewne nie zwróciłabym uwagi. Pałacu niemal w ogóle nie widać, brama jest zamknięta, jedyne co, to można sobie popatrzyć na strażników z ważnymi minami. Jednak nawet to, co w oddali udało nam się uchwycić 50-krotnym zoomem pozostawiało wiele do życzenia. Być może po prostu ja nie doceniam piękna japońskiej architektury, ale przyznam szczerze, że po tylu cudach obejrzanych w Europie – nie robią na mnie większego wrażenia niż stodoła w Pcimiu Dolnym 😉 Budynki te nie mają w sobie nic z majestatyczności, z pasji architekta, z rozmachu, którymi osławione są nasze europejskie zabytki. Tak więc przykro mi Panie Cesarzu – ale na moje standardy to mieszkasz w niezłej norze i dałeś się dobrze wrobić, jeśli dla Ciebie to rezydencja 😉 Trzeba było iść na korki do Ludwika XIV, wtedy kiedy braliście wzorce z Europy.

Dwie rzeczy jednakże zostawiły miłe wrażenie. Olbrzymi, pusty plac przed wejściem do pałacu cesarskiego, gdzie w oddali majaczyły olbrzymie wieżowce, co sprawiało wrażenie japońskiego Manhattanu. Druga rzecz to drzewa, posadzone wzdłuż fosy. O pięknych kształtach, nadanych zapewne przez zdolnego Azjatę, naprawdę stanowiły miły dla oka widok. Mniej miły był fakt, że nie można było nawet wejść na trawnik, żeby odpocząć od upału w cieniu któregoś z tych idealnie regularnych drzewek. Zabawiliśmy tam ok. godziny, krążąc w te i wewte, w końcu zdecydowaliśmy ruszyć dalej, gdzieś w nieokreślonym kierunku.eswedsc_5860dsdsc_5862dsc_586314796019_1498134073536958_578694994_o14876184_1498134113536954_1960170248_o

Idąc do tego sprecyzowanego celu przechodziliśmy obok zabytkowego dworca, w europejskim stylu. Powiem szczerze, że nie robi on wrażenia, mimo że niby wszystko jest poprawnie, ale po pierwsze przestrzeń przed dworcem była remontowana, więc mnóstwo było machin, płotów, itp. zasłaniających dworzec, a po drugie – takich cudów to w Europie mamy na pęczki. A nawet najpiękniejszy budynek zabytkowy, wciśnięty pomiędzy przeokropne i przewielkie wieżowce ( jak pewnie zauważyliście, nie jestem fanką wieżowców i nowoczesnej architektury, zapewne dlatego Japonii tak daleko od moich ideałów wizualnych 😉 ) traci cały swój urok. Wchodząc do środka dworca poczułam się przez chwilę jak w Rzymie – tak samo dużo Azjatów, jedyna różnica taka, że tutaj to my mieliśmy aparaty w dłoniach 😉

dsc_5889dsc_5882dsc_5902

Szliśmy niestrudzenie dalej, mijając po drodze dosyć europejskie budowle i jakąś superekskluzywną mikrodzielnicę, nie jestem jednak w stanie powiedzieć, co dokładnie to było.14895619_1498134060203626_96623890_o14881778_1498134093536956_1636214069_o14881522_1498134133536952_1505418426_o14876181_1498134053536960_460099621_o

W zasadzie – niedaleko później zawróciliśmy, gdyż mieliśmy wciąż 8 km na Shinjuku, skąd chcieliśmy wracać żydząc na bilety na metro. Trafiliśmy na maraton, który biegł dookoła „wysepki” na której jest zbudowany pałac cesarski. Po ok. 1,5 h dotarliśmy na Shinjuku, po drodze wciągając nosem ramen z udonem w jednej z podziemnych knajpek, gdzie zamawianie odbywało się przez automat. Za zestaw na zdjęciu zapłaciliśmy 500 jenów czyli mniej niż 20 zł. 🙂14876391_1498134063536959_1248715544_o14881196_1498134096870289_2142282849_o

Shinjuku Gyoen, Harajuku,Shibuya

Z drugim wypadem do Tokio czekaliśmy na dobrą pogodę, a mówiąc dobrą mam na myśli brak 30-stopniowych upałów, gdyż taka temperatura wśród stłoczonych budynków i tysięcy ludzi stawała się nie do zniesienia. Źle znoszę tropikalne klimaty, dlatego kilka dni spędziłam leżąc pod klimatyzacją i bawiąc się ustawieniami w pilocie.

No ale w końcu nadszedł ten dzień, kiedy M. udało się mnie jakimś cudem wyciągnąć. Termometr wskazywał 23 stopnie, tajfun już przeszedł (18 w tym roku!), także powietrze było przyjemnie rześkie, nie wisiała nad nami powalająca duchota. Wystroiłam się w sukienkę, co się będę szczypać, no i poszliśmy.  Zdecydowaliśmy, że trzeba wykorzystać ładną pogodę, a jednocześnie nadrobić to, czego nie udało się zrobić poprzednim razem z uwagi na nasze gapiostwo – poszliśmy więc do ogrodów Gyoen. Wysiedliśmy na Shinjuku, po czym skierowaliśmy się w stronę parku. Przy wejściu należało uiścić opłatę – 200 jenów za osobę, jednak patrząc na to, co znajduje się w środku jest to zupełnie symboliczna i naprawdę mała kwota. Przy kasie spotkaliśmy dwie Polki, a nasza wymiana zdań ograniczyła się do wspólnego pokiwania głowami nad stwierdzeniem, że Japonki noszą zawsze za duże buty.

Weszliśmy do ogrodu, od razu na dość szeroką, zadrzewioną ścieżkę. Po ok. 100 m. naszym oczom ukazała się ogromna powierzchnia trawy, idealnie przyciętej co do centymetra (wcale nie zdziwiłabym się, gdyby była osobna funkcja „sprawdzacza wysokości trawy”, w końcu to kraj gdzie nawet z supermarketu policjant pokazuje Ci, kiedy możesz wyjechać), na której piknikowali w sielskiej atmosferze Japończycy we wszystkich możliwych przedziałach wiekowych. My jednak udaliśmy się najpierw do budynku, który był położony na lekkim wzniesieniu – jak się okazało – szklarni z egzotycznymi roślinami. Nie była ona wybitnie duża, ale bardzo ciekawa, w środku dość parne powietrze i różnorakie rośliny sprawiały, że można było przenieść się na chwilę na tropikalną wyspę.dsc_5483dsc_5491dsc_5472dsc_548214803123_1488689964481369_597032587_o

Nie będę opisywać każdego kroku w parku, jednak warto wspomnieć, że dzieli się on na kilka sektorów, m. in. właśnie szklarnię, część wypoczynkową z trawką (której jest naprawdę ogrom), ogród angielski, ogród japoński. Każda z tych części ma swój urok, mnie zachwyciła ich rodzima, z uwagi na wymyślnie powycinane rośliny, wkomponowane w otoczenie małe stawy oraz budynki w typowo azjatyckiej estetyce.  W parku spędziliśmy koło 3 godzin i zdecydowanie było co robić, samo obejście dookoła to coś koło 2,5 km, a przecież człowiek chce się zatrzymać, popatrzyć, pokontemplować piękno natury.

Po wyjściu z ogrodów skierowaliśmy się w stronę Harajuku. Jak na razie wszystkie dystansy w obrębie Tokio pokonywaliśmy na piechotę, tak było i tym razem. Chwilę nam to zajęło, ale „młode nogi mamy”, więc nie ma co się użalać. Doszliśmy w ok. 30 min do bramy z napisem Harajuku. Podjarani, zdjęć narobiliśmy, męska decyzja – wchodzimy.14647238_1488690094481356_102885794_o

I rozczarowanie.

Trochę jakbyśmy znaleźli się w filmie animowanym Tima Burtona, dziwne rysunki na ścianach, mnóstwo ludzi wątpliwej reputacji, kobiety w kabaretkach, mężczyźni w glanach z łańcuchami i wygolonymi głowami. Jak nie Japonia. Poczułam się z jednej strony nieswojo, a z drugiej trochę podekscytowana, że wreszcie coś innego niż ta wszechobecna poprawność. Nagle, wśród oparów dymu papierosowego zauważyliśmy coś, czego szukaliśmy od momentu przyjazdu, coś, co ciepłą falą zalało całe okolice serca a nawet żołądka. Kebab! Niewiele myśląc wgramoliliśmy się do środka, gdzie dorodny, wąsaty, prawilny Turek kroił piękny soczysty rulon mięsa. Zachwyceni, wzdychając, nabyliśmy kebaba, po czym wziąwszy go na wynos wcięliśmy na jakimś murku.dsc_5703dsc_5695

Z pełnymi brzuchami, nieco podniesieni na duchu, na kebabowym haju, poszliśmy dalej. Trafiliśmy na ulicę, gdzie było mnóstwo sklepów, różnego rodzaju, zarówno bardzo ekskluzywnych jak i sieciówek typu H&M (okazało się, że w H&M przeceny sięgają 90 %, dzięki czemu za szalone 400 jenów nabyłam sukienkę oraz kapelusz). Trochę pozerkaliśmy, trochę popatrzyliśmy, ale niewzruszenie pruliśmy dalej. Wreszcie doszliśmy tam, gdzie zmierzaliśmy od początku – na skrzyżowanie Shibuya, na którym przy jednej zmianie świateł przechodzi 2,5 tys. osób. Jest to chyba najbardziej znane skrzyżowanie na świecie, a zarazem najbardziej zatłoczone. I przyznam szczerze, że tutaj chyba jako w jednym z niewielu miejsc nie działają zasady. Gdy włącza się zielone, ludzie prą na przód jak lodołamacze, nierzadko z wyciągniętą kamerką GoPro na kijku albo z telefonem w ręce. Nie będę hejtować, bo sama to robiłam, no ale sami rozumiecie, że jednak stratowanie przez taki tłum  nie do końca jest marzeniem każdego człowieka. Jednak trzeba przyznać, że wygląda to imponująco, zarówno z perspektywy osoby będącej w tym tłumie, jak i z perspektywy pierwszego piętra znajdującego się na skrzyżowaniu Starbucksa (swoją drogą co za geniusz marketingu!). Po prześledzeniu jakichś 5 zmian świateł zdecydowaliśmy, że pora wracać.dsc_5746dsc_5721

Idziemy główną ulicą i nagle dobiegł nas jakiś taki większy szmer niż wszędzie i jakoś takoś więcej świateł niż wszędzie. Zajrzeliśmy w uliczkę, dość nieśmiało, jak chomik wyglądający z domku, a tam… normalnie wesołe miasteczko! Neony, sklepiki, kawiarenki z naleśnikami, gdzie zamiast menu są wystawione plastikowe repliki, dziewczyny w różowych sukienkach jak z domku dla lalek itp. Dopiero tak naprawdę o 22:00 trafiliśmy na prawdziwe Harajuku (dla ciekawskich – wygooglujcie sobie Takeshita Street) 🙂 Byliśmy już zmęczeni, wiec tylko przeszliśmy w tą i z powrotem, ale klimat miejsca – niesamowity. Po tylu wrażeniach i zrobionych 20 km na piechotę po powrocie do domu padliśmy jak muchy po trutce. 🙂dsc_570714803278_1488690004481365_1407921637_o14803118_1488690037814695_710504291_o14795774_1488690021148030_2138917133_o14787648_1488690064481359_1703751591_o14803318_1488690034481362_552176165_o