Tottori – desert song

Tottori. Prefektura o najmniejszej populacji w Japonii. Czemu nas tam wywiało? Ano skusiła nas wizja pustyni, wielbłądów, klimatu Sahary w dość zimnej już o tej porze roku Japonii, włosów rozwianych  przez pustynny wiatr i drobinek piasku między zębami.

Dostać się tam ani trudno ani łatwo. Z Kioto praktycznie niewykonalne jeśli nie chce się tracić majątku, z Osaki niewiele lepiej, ale jednak – trochę lepiej. Wybraliśmy autobus, pomimo tego, że jeździ tam pociąg, nawet express, a także latają samoloty (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?). Autobus jednak był zdecydowanie najtańszą opcją, chociaż wciąż dość mocno ciągnącą po budżecie. No ale zamknęliśmy oczy przy płaceniu i jakoś poszło. Znaleźliśmy się w ani to nowoczesnym ani to japońsko PRLowskim autokarze, faktem jest, że pomimo obicia siedzeń w tapicerkę przypominającą wykładziny z pokoju dziecięcego z lat 90-tych (na pewno kojarzycie te posadzki malowane w drogi, po których jeździło się samochodzikami) było niezwykle wygodnie i ani obejrzeliśmy się a 3 h oglądania pięknych górskich krajobrazów minęły jak 3 minuty. Gdy tylko wysiedliśmy, ostry nadmorski wiatr zapizgał nam w twarz mówiąc dobitnie co sądzi o naszym planie zwiedzania. Odłożyliśmy bagaże do hotelu, wzięliśmy zapas swetrów, czapek i szalików i zakfefani jak arab na pustyni ruszyliśmy w trasę. Postanowiliśmy – a jakże- wybrać się piechotą, no bo zawsze coś więcej się zobaczy, no bo to tylko 5 km, no bo w sumie jesteśmy głodni a piekarnia przydworcowa oferowała jedynie bułki z wątpliwej jakości parówką. Dziarsko, rześkim krokiem i przed siebie. Była niedziela. Pomyślałby kto, patrząc na pustki na ulicach – co za ludzie religijni! Siedzą w domach, w kościele zapewne. No cóż, problem w tym, że to Japonia, tu (dzięki bóstwom wszelakim) katolików jak kot napłakał. No więc co się dzieje? Czemu na 2 h, które szliśmy nie pojawił się ani człowiek, ani sklep otwarty, nie mówiąc o restauracji gdzie można by było coś zjeść? Nie wiem. Faktem jest, że w żołądkach burczało nam coraz bardziej. Gdzieś na horyzoncie zamajaczył Lawson, wiec poczuliśmy się uratowani. Nabyliśmy prowiant i ruszyliśmy dalej. Piękne krajobrazy gór przypominających kształtem obłe babki z piasku, gdzieś tam majaczący zapach morza… No ale chwila chwila. Miało być 5 km, a my idziemy, idziemy i końca nie widać, co lepsze, nawigacja wskazuje, że powinniśmy ni mniej ni więcej tylko wejść w środek góry, która nagle przed nami wyrosła, nie wiadomo skąd. Bliscy płaczu (no dobra, JA bliska płaczu), zdecydowaliśmy, żeby zapytać o drogę miłego Japończyka, który grzebał przy swoim samochodzie stojącym przed domkiem jednorodzinnym. M. podszedł, coś tam pogadał, Japończyk uśmiechnął się, powiedział, żebyśmy poczekali i wszedł do domu. Po chwili z niego wyszedł już w butach a nie w kapciach i kazał nam ładować się do wozu. Nasze miny chyba musiały być dość widowiskowe, ale po otrząśnięciu się z pierwszego szoku szybko wtłoczyliśmy się do auta, licząc na to, że się nie rozmyśli. Bo naprawdę wiało i naprawdę było zimno. Po ok. 5 minutach byliśmy na miejscu. Przed nami rozciągał się znak „Tottori Sand Dunes” i w sumie tyle. Pusta droga, ludzi sztuk zero. Opuściliśmy naszego uprzejmego Japończyka dziękując po stokroć i gnąc się w ukłonach. Stanęliśmy na środku chodnika. Sami w promieniu przypuszczalnie kilku kilometrów, jak nam się zdawało. Nie mając za dużego wyboru ruszyliśmy w kierunku tablicy informacyjnej, która stała jakby na wzgórzu, gdzie było trochę piasku. To był dobry ruch. Przed nami z każdym krokiem w górę zaczęła rozciągać się niezwykła, jakby apokaliptyczna panorama pustynna. I znów – stanęliśmy bez słowa, szczęki opadły nam gdzieś w okolice kolan aż słychać było głuche plaśnięcie o piasek. Kłęby piachu wirowały pod naszymi stopami kiedy szliśmy w stronę wzgórza znajdującego się nad samym morzem. Kilometry wydm były po naszej lewej i prawej stronie, tony piasku, miliardy ziarenek. Znaleźli się też ludzie, jak mrówki podążający w tym samym kierunku co my. Stanąwszy na czubku poczuliśmy się trochę jak na szczycie wszechświata, a może w jego centrum? Gdzieś w tle ogłuszającego wiatru przebijała się cisza. Gdzieś zza tego wycia, które świdrowało uszy i wtłaczało piasek w najmniejsze zakamarki ciała wydostawał się spokój. Stwierdziliśmy, że pójdziemy dalej, tam gdzie ludzi już nie ma. Wydawało nam się to proste, jednak pokonanie nawet tych 300 metrów gdy zawierucha zginała nas w pół było nie lada wyzwaniem. Pomimo ziąbu najlepiej spacerowało się boso, czując pod stopami pierwotną potęgę natury.

Na pustyni spędziliśmy ponad 3 godziny wpatrując się w kotłujące się jak na japońskich rycinach bałwany fal i w bezkresną dal piasku. Potem ruszyliśmy w poszukiwaniu wielbłądów i kolejki linowej. Kolejkę znaleźliśmy, okazało się jednak, że to atrakcja “sama dla sie” i nie ma większego sensu, bo jej długość to ok. 50 m. Po prostu przejeżdża nad ulicą. Z wielkim mozołem w 5 min pokonaliśmy więc tą trasę pieszo, ale za ulicą wielbłądów nie było również. Okazało się, że zbyt wietrznie, jakbyśmy nie zauważyli.

Wróciliśmy do domu pieszo, tym razem znając drogę. Znów powitała nas pustka miasta i tym razem – cisza nocy.

dsc_7722dsc_7723dsc_7724dsc_7729dsc_7737dsc_7738dsc_7739dsc_7740dsc_7745dsc_7752dsc_7756dsc_7761dsc_7776dsc_7778dsc_7780dsc_7786dsc_7790dsc_7803dsc_7808dsc_7809dsc_7826dsc_7844dsc_7853dsc_7854dsc_7862dsc_7863dsc_7864

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s