Jak spakować się w tropiki?

Pierwszy post po tak długim czasie powinien być z fajerwerkami. Chciałabym opisać coś naprawdę świetnego, ale uznałam, że skoro obiecałam opisać naszą wyprawę od początku to muszę również przebrnąć przez te mniej przyjemne i żmudne momenty.

Pod koniec lutego spakowaliśmy siedmiokilogramowe plecaki (ruszaliśmy tylko z bagażem podręcznym) i opuściliśmy naszą klitkę, w której stacjonowaliśmy przez sześć miesięcy. Od czasu powrotu miliard razy słyszeliśmy pytanie – ale jak udało Wam się zmieścić w czternastu kilogramach na ponad półtora miesiąca podróży? W tych momentach moje ego skakało do sufitu, bo nagle zdałam sobie sprawę, że skoro tyle ludzi faktycznie to dziwi to znaczy, że chyba muszę być dobrym „pakerem” ! A tak prawdę mówiąc, nasze zadanie było ułatwione, gdyż miejsca, do których się udawaliśmy były klasyfikowane jako „tropikalne”, także nasze ubraniowe zapasy ograniczały się do stroju kąpielowego, ubrań (dla mnie głównie sukienek! ), trzech par butów na głowę, jednej bluzy, połowy plecaka leków (o tym innym razem, bo to temat rzeka), dosłownie kilku kosmetyków i olbrzymiej lustrzanki, która z całym ekwipunkiem zajmowała półtora kilograma.

Plecaki, które towarzyszą nam od 4 lat, to najtańsze plecaki z Decathlonu firmy Quechua. Bardzo je polecam, przetrwały naprawdę ekstremalne warunki, siedzenie na nich, rzucanie nimi, spanie na nich, kąpiel w morzu, itp. Jeśli ktoś nie ma akurat funduszy na lepszy sprzęt (który na pewno sprawdza się jeszcze lepiej i ma funkcjonalne komory, których w naszych plecakach brak), to mogę z ręką na sercu zarekomendować właśnie te.

Jak się dobrze spakować na wyjazd do krajów tropikalnych? Nie jestem ekspertem, ale swoje przejechaliśmy i mogę powiedzieć z dumą, że nie było rzeczy, której nam brakowało, a mieliśmy tylko po siedem kilo do zagospodarowania.

Niby większość to tak oczywiste rzeczy, że połowa puka się w czoło i zastanawia po co o tym pisać. Ano po to, żeby nie wpadać na pomysł brania cudownych koronkowych biustonoszy, które owszem, są piękne, ale w upale równie pięknie odparzają. Że owszem, na pewno będzie gorąco, ale zakryte buty się przydadzą chociażby na trekking do dżungli.  Większość osób sugeruje branie sportowych sandałów. Ja jestem ich zagorzałą przeciwniczką, bo ich wizualne walory na tyle do mnie nie przemawiają, że nie byłabym w stanie zmusić się do ich założenia. Niezaprzeczanie jest to wygoda, jednak moim zdaniem równie dobrze sprawdzają się wygodne sandało-baleriny z odrobinę grubszą podeszwą, koniecznie skórzane. Rzeczywistość jest taka, że znakomitą większość czasu i tak człowiek chodzi jak tutejsza ludność – w gumowych japonkach.

Pod spodem dłuższe już zestawienie, co dokładnie zawierał nasz bagaż:

  1. Po 5 par majtek
  2. 1 bezfiszbinowy biustonosz
  3. Po 3 pary skarpetek ( nie spodziewaliśmy się częstego użytkowania)
  4. Po 5 T-shirtów
  5. Po jednej bluzie
  6. Po 3 pary spodniej części ubioru (spodenki/ wygodna bawełniana spódnica/ lekkie przewiewne długie spodnie bawełniane albo legginsy)
  7. 4 sukienki (dobrze wziąć jedną maxi – przyda się też dla ochrony przed moskitami)
  8. Dla każdego z nas przewiewna cienka koszula do plażowania czy nawet kąpieli (słońce na Filipinach i w Tajlandii jest zabójcze, szczególnie dla posiadaczy jasnej karnacji, o czym przekonałam się bardzo boleśnie w połowie wyjazdu)
  9. Kapelusz (M. nie chciał brać czapki. Przeżył, ale uważam, że następnym razem taka czapka jest koniecznością)
  10. Ręczniki (braliśmy po jednym ręczniku na osobę)
  11. Duuża cienka chusta – przyda się zarówno jako substytut koca na plaży (bo mamy przecież tylko 2 ręczniki i nie chcemy ich uwalić piachem), jako pareo, jako zasłaniacz nóg do tajskich świątyń, jako turban dla faceta, który upierał się na brak czapki, jako sukienka gdy wszystko jest w praniu, jako dodatkowy worek na pierdoły.
  12. Okulary przeciwsłoneczne – chyba nie muszę wyjaśniać, ale jeśli ktoś upiera się, że nie lubi – przydają się przy każdym rejsie łódką, trycyklem czy skuterem gdzie wiatr z piaskiem albo z morską wodą tylko marzy żeby wejść nam w oczy
  13. Ja 4 pary butów (sandały, baleriny skórzane, adidasy i japonki), M. dwie (sandały i adidasy). Cztery pary z tego zestawienia poszły do kosza na różnych etapach wyjazdu. Piasek i woda morska są zabójcze dla obuwia 😉
  14. Kosmetyki i środki higieniczne : szczoteczki do zębów, naprawdę malutką pastę, większą kupowaliśmy na miejscu, szczotkę do włosów, tusz do rzęs, krem z bardzo wysokim filtrem – w Japonii są one naprawdę świetne, a z racji mojego uczulenia na słońce musiałam smarować się baaaardzo często i gęsto, puder, podkład w maleńkim , wręcz próbkowym pojemniku (to był bardzo dobry wybór, gdyż nawet tego nie zużyłam przez sześć i pół tygodnia), dezodorant w kulce, maleńka buteleczka z oliwką (podobna jak można znaleźć w rossmanie ) do demakijażu oczu, płyn antyspetyczny (polecam wziąć 1 buteleczkę, bo można go kupić wszędzie i nie ma sensu wozić) i tampony (wbrew pozorom to dość istotny punkt – nie Filipinach ciężko ich doświadczyć 😉 ). Nie brałam wielu kosmetyków makijażowych bo domyślałam się, że w takich temperaturach całość po prostu spływa i miałam rację.
  15. Torba leków. Tutaj nie ograniczaliśmy się, sporo leków dostarczyła nam mama M. która przyleciała z wizytą niedługo przed naszym wylotem, miałam też zapas jeszcze z Polski. W apteczce MUSZĄ znaleźć się leki przeciwbólowe, przeciw chorobie lokomocyjnej jeśli na nią cierpicie, przeciwbiegunkowe, antybiotyk (polecam Duomox, ponieważ działa również na niektóre rodzaje malarii, więc w razie mega pecha mamy przynajmniej coś zabezpieczającego), leki na zapalenie pęcherza (słynna furagina daje radę 😉 ),wapno, plastry, dużo plastrów, płyn antyseptyczny (Octenisept jest mały i poręczny, bardzo wydajny), SUDOCREM (piszę wielkimi literami, bo dla mnie to krem geniusz. Uratował nam tyłek w miliardzie sytuacji. Jest genialny zarówno na pogryzienia przez moskity, przez muchy piaskowe, na oparzenia słoneczne – nawet te drugiego stopnia, na zwykłe pryszcze czy na wysypki )
  16. Aparat fotograficzny/ ładowarka/ ładowarki do telefonów/ konwerter do gniazdka tam gdzie potrzeba, słuchawki (najlepiej douszne, zajmują najmniej miejsca i są leciutkie, może w nich spokojnie oprzeć głowę i spać 😉 )

Wydaje mi się, że to już wszystko co zawierały nasze plecaki. Jeśli o czymś zapomniałam, albo wy uważacie to za niezbędne to piszcie w komentarzach! Jak wyglądają Wasze bagaże, stawiacie na minimalizm, czy raczej na komfort posiadania wyboru?

DSC_0089DSC_0268DSC_0449DSC_0498DSC_0544DSC_0519

Advertisements

Na początek – podsumowanie

Od czego by tu zacząć po takim czasie?

Wróciliśmy. Po 7 miesiącach, które minęły zdecydowanie za szybko,  jesteśmy już w Polsce. Ostatnie 6 tygodni spędziliśmy odkrywając “uroki” Filipin oraz uroki Tajlandii. Przeżyliśmy (wciąż w to nie wierzę!) 8 lotów, 8 dużych przepraw autobusowych, 2 promowe, czterokrotną wyprawę filipińską łódeczką, kilkakrotny dziki rajd taksówką, jeepneyami, trycyklami oraz tuktukami. Z moją chorobą lokomocyjną wydaje się wręcz cudem, że siedzę teraz cała i całkiem zdrowa pod kocem pisząc posta, że nie odpadłam gdzieś w połowie tego szaleństwa.

Jak wyglądała nasza podróż, dlaczego akurat tak i właściwie po co? Uznaliśmy, że skoro już przetargaliśmy tyłki na drugi koniec świata to w sumie 6 godzin samolotem w te czy wewte nie robi większej różnicy i lepsze to niż latanie z Polski. Na początku widzieliśmy się w Chinach, już czułam zapach tych smażonych noodli, widziałam Wielki Mur spowity mgłą i … no właśnie. Same formalności nas trochę przerosły. Dzwonienie do konsulatu Republiki nie odnosiło żadnego skutku. Od znajomych dowiedzieliśmy się, że dla obcokrajowca w Tokio, zdobycie wizy do Chin to kilkukrotne chodzenie do konsulatu, miliardy formalności, niemiła obsługa. No ale chwila, co to dla nas, Polaków? Duma rozpiera, bo przecież nam to niestraszne, przecież to już znamy, mamy to na co dzień! Nie zniechęciło nas to na tyle, żeby zrezygnować. Za to opowieści innych znajomych o makabrycznych trudnościach z podróżowaniem pociągami, absolutnym brakiem znajomości angielskiego i (voila!) prognozy pogody wskazujące 12 stopni, podczas gdy potem mieliśmy plan lecieć do gorących Filipin, co skutkowałoby koniecznością upchnięcia w 7 kg bagażu (braliśmy sam podręczny) zarówno kurtek zimowych jak i całego lekkiego ekwipunku – to zadecydowało o zmianie destynacji. Wszystkie notatki o Chinach poszły w kubeł, za to my zdecydowaliśmy poświęcić 4 tygodnie na Filipiny i 2 tygodnie na modną i dość turystyczną już Tajlandię.

Jak wyglądała nasza trasa?

Posłużę się małym schematem przedstawionym poniżej.

 

W kolejnych postach postaram się przybliżyć w skrócie każde z tych miejsc, z każdego mamy mnóstwo wrażeń i opowieści 🙂 Tymczasem – już niedługo majówka i kolejny wyjazd – tym razem do Wiednia !

dr.png

Odaiba – futureland

Na Odaibie byliśmy już kilka razy, mamy więc pewne podstawy, żeby podzielić się swoimi doświadczeniami. Co o niej mówią? Wyspa przyszłości, miejsce randek, królestwo robotów. Jak to się ma do rzeczywistości?

Zacznę może od tego, że za pierwszym razem zdecydowaliśmy nie jechać na Odaibę pociągiem, który łączy ją z lądem, a przejść się pieszo przez Rainbow Bridge. Był to strzał w dziesiątkę i polecam to każdemu, kto ma taką możliwość. Spacer zajmuje ok. 40 minut, ale wrażenia w jakie obfituje są nie do opisania. Pokonaliśmy tą trasę czterokrotnie zarówno w dzień jak i w nocy. Widok tokijskiego „Manhattanu” jest naprawdę niesamowity, robi potężne wrażenie. Co ciekawe, pytając tokijczyków o to, gdzie jest wejście na most, większość rozkładała bezradnie ręce, od 3 z nich usłyszeliśmy, że takiego wejścia absolutnie nie ma, że można pokonać tylko pociągiem lub samochodem. Dzięki temu, że wyczytałam, że jest to możliwe nie poddawaliśmy się i wyszło na nasze – wejście jest, aczkolwiek całkiem nieźle ukryte. 🙂  dsc_7991dsc_7995dsc_7999dsc_8002dsc_8003dsc_8010dsc_8013dsc_8015dsc_8019dsc_8025dsc_8028dsc_8030dsc_8037Dochodząc na wyspę uderza nas jednak co innego – cisza i spokój a także pustka. Trzy rzeczy, których nie doświadczy się w centrum Tokio, które są niemalże niemożliwe do uraczenia na Harajuku, czy na Shinjuku. Zero pokrzykujących ciężarówek, zero naganiaczy, zero telebimów z boysbandami. Zero ludzi. Przez jakiś czas mieliśmy wrażenie,  że może tego dnia jest jakieś święto, że może zamknięte, a my jak zawsze wpychamy się gdzie nie trzeba? Ale nie. Taki klimat. To prawda co mówią – Odaiba wygląda jak wyjęta z futurystycznego filmu, gdzie świat popędził jakieś 100 lat do przodu. Błyskawiczne zmodernizowane pociągi, mosty o niespotykanych kształtach, duża przestrzeń i sporo robotyki. A jednak wszystko to podane jest ze smakiem i sprawia wrażenie bardzo estetycznego w przeciwieństwie do innych dzielnic. Brak też tutaj wszechobecnych kabli, które „zdobią” resztę miasta.

Jakie są najciekawsze atrakcje?

Myślę, że na pierwszym miejscu trzeba zdecydowanie postawić przejście się mostem. Jeśli nie ma się siły na dzień – to w nocy, wtedy wrażenie jest x 100. Most, jak sama nazwa wskazuje, świeci kolorami tęczy. Po drugie, warto wejść do „showroomu” Toyoty – niektóre instalacje naprawdę robią wrażenie, a fani gier i różnych aktywności również nie będą zawiedzeni – można za darmo pościgać się na symulatorach, wziąć udział w konkursie (M. rywalizował z trzema pięciolatkami – przegrał. Ach te japońskie dzieci!), czy obejrzeć sporą kolekcję samochodów znajdującą się piętro niżej. Wychodząc z platformy praktycznie zderzamy się z potężnym kołem młyńskim. Jakoś nie odważyliśmy się wsiąść do kapsuły, myślę, że spory wpływ na to miał lęk wysokości 😉 Nam osobiście bardzo podobało się również centrum handlowe stylizowane na port wenecki. Niektórzy twierdzą, że to kicz. Owszem, trochę tak, ale zrobiony z dość dużym rozmachem, tak, że naprawdę można przez chwilę poczuć się jak w Wenecji. Zaraz obok możemy natrafić na wystawę starych samochodów. Kawałek dalej natrafiamy na słynnego odaibskiego robota. Ciekawy jest również budynek telewizji oraz sam widok z plaży, na której warto posiedzieć choćby pół godzinki i odpocząć od zgiełku miasta.

Cała Odaiba robi bardzo przyjazne wrażenie na kimś, kto ma trochę dosyć wszechobecnego pędu i anonimowości .dsc_8038dsc_8040dsc_8051dsc_8057dsc_8064dsc_8072dsc_8073dsc_8074dsc_8077dsc_8080dsc_8085dsc_8087dsc_8088dsc_8090dsc_8093dsc_8098dsc_8103dsc_8107dsc_8109dsc_8111dsc_8117dsc_8125dsc_8126dsc_8128dsc_8136dsc_8140dsc_8148dsc_8145dsc_8150dsc_8152dsc_8153dsc_8155dsc_8156dsc_8164dsc_8166dsc_8171

Sumo

Skoro jesteśmy w Japonii, przydałoby się zobaczyć sumo – powiedziała kiedyś O. i zaczęła przeglądać  Internet w poszukiwaniu informacji na ten temat. Nie minęło więcej niż 10 minut gdy okazało się, że na początku stycznia Tokio będzie miejscem rozgrywek krajowych zawodów sumo. Wszystkie bilety były już dawno wyprzedane poza wejściówkami na ten sam dzień za 2200 jenów. Brzmiało to piękne, ale jak zawsze po drodze pojawiały się pewne detale. Pierwszym z nich była ograniczona ilość biletów, drugim zaś czas ich sprzedaży, który został ustalony na godz. 7:45 rano przy okienku największego tokijskiego stadionu.

Choć było niezmiernie trudno, wstaliśmy w zimny środowy poranek o 5:00, aby o 7:15 z zegarkiem w ręku znaleźć się pod kasami biletowymi Ryōgoku Kokugikan w dzielnicy Asakusa, leżącej po kompletnie drugiej stronie Tokio, którą do tej pory zwykliśmy poznać lepiej.

Ciężko powiedzieć czy byliśmy zdziwieni, czy nie, ale docierając na miejsce, nie byliśmy jedynymi zainteresowanymi. W zgrabnych dwóch liniach, nad którymi nadzór sprawowało kilku japońskich pracowników stadionu, czekało już przynajmniej 50 osób. Zaczęliśmy się martwić czy na pewno starczy dla nas biletów, lecz wkrótce dowiedzieliśmy się, że jest ich równo 400, lecz na jedną osobą mógł przypaść tylko jeden bilet. Mieliśmy czekać grzecznie w kolejce, bez typowego dla Polski przepychania, aby otrzymać numerki upoważniające do zakupu biletu w kasie. Około 7:30 przypadły nam numery 83 i 84, zaś 15 minut później otworzono kasy, w których bez żadnych komplikacji dokonaliśmy upragnionej transakcji. W kolejce za nami czekało przynajmniej kolejne 100 osób, dalsze zaś stopniowo nachodziły, aby na ostatni moment dostać bilet na środowe pokazy sumo.dsc_8380dsc_8383dsc_8384

Ryōgoku Kokugikan jest halą sportową otwartą w 1985 roku, która może pomieścić do 11 098 osób w różnych sektorach. Najbardziej ekskluzywne, wydzielone czteroosobowe boksy, znajdują się około 10 metrów wokół centralnej areny. Nieco bardziej żądni wrażeń mogą usiąść zaraz przy macie sumo, lecz Japończycy ostrzegają, że nie jest to dobry pomysł dla osób, które nie przepadają za wylatującymi z areny jak kłody drewna, ważącymi przynajmniej 100 kilo, zawodnikami sumo. Nam przypadły miejsca w końcowym rzędzie, lecz dzięki dobremu rozkładowi całej hali, było z nich widać wszystko z dobrej perspektywy.dsc_8388dsc_8406dsc_8409dsc_8476

Gdy wczesnym rankiem weszliśmy do hali, nie było w niej nikogo poza turystami i japońskimi dziadkami, którzy zdecydowali się spędzić cały dzień na jedzeniu ryżowych chrupków, popijaniu sake z kartonika i oglądaniu walk zapaśników. O 8:45 zaczęły się kwalifikacje młodzików, które poprzedziły skrupulatne przygotowania areny. O czym wcześniej nie wiedzieliśmy, mata była gliniana, posypana piaskiem, zaś koło wyznaczające jej granice miało średnicę zaledwie 4,5 metra.dsc_8412dsc_8416dsc_8424dsc_8454dsc_8469

Po wyjściu na środek areny i zajęciu miejsc przy macie kilku zawodników sumo, rozpoczęły się rozgrywki. Każdorazowo walkę sumo poprzedza krótka ceremonia, która nie uległa zmianie od setek lat. Bezstronny zapowiadający występuje za środek maty i śpiewnym głosem oznajmia szczegóły nadchodzącego starcia, podając imię i nazwisko, a także dom sumo obu zawodników. Gdy słyszy się to po raz pierwszy, wydaje się to nieco komiczne, jednak w dłuższej perspektywie należy stwierdzić, że znacząco urozmaica to całość zawodów i ich specyficzny, bardzo tradycyjny charakter.

Obaj wywołani zawodnicy wspinają się następnie po schodkach na matę i zajmują miejsca na jednej połówce odwodu koła. Tuptając nogami i przedziwne wykonując gesty rękoma, starają się prosić bogów o pomyślność oraz zwycięską walkę. Zwycięstwo ma w walkach sumo niejedno imię. Przede wszystkim należy wypchnąć przeciwnika poza granice maty, aczkolwiek utrata równowagi skutkująca upadkiem również zaliczana jest jako porażka. W razie wątpliwości dotyczących konkretnych sytuacji – który zawodnik wypadł z maty jako pierwszy lub upadł z powodu wypchnięcia przeciwnika, wszelkie spory rozstrzyga czwórka sędziów siedzących na dole kwadratowej areny na każdym z czterech boków. Po uzgodnieniu stanowiska werdykt ogłaszany jest przez sędziego głównego, który jednocześnie podaje wyczerpująco motywy podjęcia takiej decyzji. Zawodnik sumo nie ma prawa zakwestionować tej decyzji, ani wyrazić swojego sprzeciwu, gdyż grozi mu za to dyskwalifikacja.

Walkę dwóch zawodników sumo nadzoruje specjalny sędzia, który jako jedyny znajduje się na macie podczas starcia. Jego kolorowy ubiór i czarna czapka nawiązują do tradycyjnych japońskich wzorów. Zadaniem sędziego z maty jest czuwanie nad prawidłowym początkiem walki, tj. falstartem któregoś z zawodników. Gdy już obaj znajdą się w śmiertelnym uścisku, oznajmia głośno publiczności, że nadchodzi przesilenie. Gdy w końcu jeden z zawodników wypycha drugiego z maty, stwierdza jego zwycięstwo i wręcza mu biały talon gratulacyjny. Niełatwo jest być sędzią na macie. Zawodnicy sumo faktycznie ważą swoje kilogramy, a ich wielkie ciała często charakteryzują się dużą bezwładnością. Sędzia nie tylko musi znajdować się blisko akcji, ale także musi nieustannie uciekać przed zagrożeniem. No i rzecz jasna musi pamiętać o tym, aby nie przeszkadzać zawodnikom. 🙂

Walki młodzików, choć były pierwszym sumo, które widzieliśmy na własne oczy, nie były specjalnie emocjonujące. Pojedynki chłopców w wieku od 16 do 21 lat kończyły się często jednostronnymi zwycięstwami grubszych stron. Niektóre przepychanki nie trwały nawet dwóch sekund, dlatego stwierdziliśmy zgodnie, że będziemy kibicować stronie, która wygląda na słabszą. Nie było w tym jakiejś większej filozofii, bardziej litość nad biedą i z góry przegraną walką. O 9:40 wyszliśmy z obiektu, gdyż mieliśmy inne plany przed popołudniowym finałem, który został zaplanowany na godzinę 15:30.

Wracając na miejsce już po obiedzie i wizycie w centrum Tokio, weszliśmy ponownie do Ryōgoku Kokugikan bez żadnej kolejki, pokazując dwie pieczątki na ultrafiolet na nadgarstkach, które przybili nam ochroniarze wczesnym rankiem podczas pierwszej wizyty. Spodziewaliśmy się, że będzie dużo ludzi, lecz widok zapełnionej hali robił piorunujące wrażenie. Spośród ponad 11 tys. miejsc zajętych było około 90%, kolejne osoby zaś dochodziły do swoich miejsc. My także zajęliśmy swoje i idąc za przykładem Japończyków, kupiliśmy sobie piwo i orzeszki dla lepszego widowiska. 😉dsc_8480

Zawody seniorów zasadniczo różnią się od zawodów młodzików. Wszystko wydaje się tutaj takie poważne. Ceremonia otwarcia, prezentacja podczas której zawodnicy noszą długie materiałowe szaty ze swoimi symbolami rozpoznawczymi, krótkie deklamacje sędziowskie – całość robi wrażenie bardzo tradycyjnego widowiska tylko przypadkiem rozgrywającego się w XXI wieku.

Po prezentacji i zakończeniu wszystkich zapowiedzi domów sumo, do akcji wkroczyli sami zawodnicy, którzy przed każdą walką tupali, stąpali, klepali się po swoich wielkich i grubych cielskach, prosząc o pomyślność podczas nadchodzącego meczu. Korzystając z rogów maty jako miejsc przygotowania, brali garść grubej białej soli i rozsypywali ją na macie na znak oczyszczenia przed złymi demonami. Stając naprzeciwko siebie nierzadko po chwili znów wstawali, aby powtórzyć tą ceremonię. Niektóre przygotowania trwały nawet do trzech minut, podczas których zawodnicy trzykrotnie sypali solą, pokazywali swoje wielkie ciała i mobilizowali się do wysiłku. Wysiłku, który jak już się rozpoczął, średnio trwał około sześć sekund. Zaledwie tyle trwają walki profesjonalnych zawodników sumo. Kluczowe są pierwsze dwie sekundy, podczas których jeden z zawodników osiąga przewagę pozycji na ciasnej macie. Reszta to kwestia siły, sprytu i wyczekania przeciwnika. Widzieliśmy dużo walk i ciężko jest podać jedną konkretną zwycięską taktykę. Wygrywali zawodnicy grubsi, zawodnicy szybsi, a także tacy, którzy używali swojej głowy. Wbrew temu co początkowo mogło się wydawać, sumo też mają swoje tajne triki, które potrafią być naprawdę efektywne, i co najważniejsze, bardzo efektowne. Nierzadko cała hala zawodziła z podziwu nad nagłą zmianą na macie albo dłuższym okresem siłowania się bez przewagi jednego z zawodników. Jedna walka trwała aż 20 sekund. 20 sekund ciągłego przepychania dwóch gości ważących na oko 150 kilo nie można całkowicie zignorować.dsc_8492dsc_8500dsc_8503dsc_8512dsc_8517dsc_8520dsc_8551dsc_8554dsc_8563

Zawody zakończyły się punktualnie o 18:00, zaś ceremonię zamknięcia poprzedziła ostatnia, finalna walka. Wiele osób czekało na nią z wielkim napięciem, z końców hali słychać było okrzyki bojowe. Nie wiem kto komu kibicował, ale sama walka nie była w ogóle ekscytująca, gdyż jeden z zawodników wypchnął drugiego poza ring w niecałe pięć sekund bez większego trudu. Aby uniknąć tłumów, wyszliśmy jednym z bocznych wejść. Niewiele to dało, bowiem na drodze prowadzącej do stacji JR szły już setki Japończyków. Jeszcze w pociągu można było poczuć atmosferę zakończonych zawodów, choć z każdym przystankiem tłum się przerzedzał aż w końcu znikł. Dzień rozpoczął się od wczesnoporannej pustki i zakończył się na wieczornej ciszy, cały wypełniony był masą wrażeń i emocji.

Tottori – desert song

Tottori. Prefektura o najmniejszej populacji w Japonii. Czemu nas tam wywiało? Ano skusiła nas wizja pustyni, wielbłądów, klimatu Sahary w dość zimnej już o tej porze roku Japonii, włosów rozwianych  przez pustynny wiatr i drobinek piasku między zębami.

Dostać się tam ani trudno ani łatwo. Z Kioto praktycznie niewykonalne jeśli nie chce się tracić majątku, z Osaki niewiele lepiej, ale jednak – trochę lepiej. Wybraliśmy autobus, pomimo tego, że jeździ tam pociąg, nawet express, a także latają samoloty (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?). Autobus jednak był zdecydowanie najtańszą opcją, chociaż wciąż dość mocno ciągnącą po budżecie. No ale zamknęliśmy oczy przy płaceniu i jakoś poszło. Znaleźliśmy się w ani to nowoczesnym ani to japońsko PRLowskim autokarze, faktem jest, że pomimo obicia siedzeń w tapicerkę przypominającą wykładziny z pokoju dziecięcego z lat 90-tych (na pewno kojarzycie te posadzki malowane w drogi, po których jeździło się samochodzikami) było niezwykle wygodnie i ani obejrzeliśmy się a 3 h oglądania pięknych górskich krajobrazów minęły jak 3 minuty. Gdy tylko wysiedliśmy, ostry nadmorski wiatr zapizgał nam w twarz mówiąc dobitnie co sądzi o naszym planie zwiedzania. Odłożyliśmy bagaże do hotelu, wzięliśmy zapas swetrów, czapek i szalików i zakfefani jak arab na pustyni ruszyliśmy w trasę. Postanowiliśmy – a jakże- wybrać się piechotą, no bo zawsze coś więcej się zobaczy, no bo to tylko 5 km, no bo w sumie jesteśmy głodni a piekarnia przydworcowa oferowała jedynie bułki z wątpliwej jakości parówką. Dziarsko, rześkim krokiem i przed siebie. Była niedziela. Pomyślałby kto, patrząc na pustki na ulicach – co za ludzie religijni! Siedzą w domach, w kościele zapewne. No cóż, problem w tym, że to Japonia, tu (dzięki bóstwom wszelakim) katolików jak kot napłakał. No więc co się dzieje? Czemu na 2 h, które szliśmy nie pojawił się ani człowiek, ani sklep otwarty, nie mówiąc o restauracji gdzie można by było coś zjeść? Nie wiem. Faktem jest, że w żołądkach burczało nam coraz bardziej. Gdzieś na horyzoncie zamajaczył Lawson, wiec poczuliśmy się uratowani. Nabyliśmy prowiant i ruszyliśmy dalej. Piękne krajobrazy gór przypominających kształtem obłe babki z piasku, gdzieś tam majaczący zapach morza… No ale chwila chwila. Miało być 5 km, a my idziemy, idziemy i końca nie widać, co lepsze, nawigacja wskazuje, że powinniśmy ni mniej ni więcej tylko wejść w środek góry, która nagle przed nami wyrosła, nie wiadomo skąd. Bliscy płaczu (no dobra, JA bliska płaczu), zdecydowaliśmy, żeby zapytać o drogę miłego Japończyka, który grzebał przy swoim samochodzie stojącym przed domkiem jednorodzinnym. M. podszedł, coś tam pogadał, Japończyk uśmiechnął się, powiedział, żebyśmy poczekali i wszedł do domu. Po chwili z niego wyszedł już w butach a nie w kapciach i kazał nam ładować się do wozu. Nasze miny chyba musiały być dość widowiskowe, ale po otrząśnięciu się z pierwszego szoku szybko wtłoczyliśmy się do auta, licząc na to, że się nie rozmyśli. Bo naprawdę wiało i naprawdę było zimno. Po ok. 5 minutach byliśmy na miejscu. Przed nami rozciągał się znak „Tottori Sand Dunes” i w sumie tyle. Pusta droga, ludzi sztuk zero. Opuściliśmy naszego uprzejmego Japończyka dziękując po stokroć i gnąc się w ukłonach. Stanęliśmy na środku chodnika. Sami w promieniu przypuszczalnie kilku kilometrów, jak nam się zdawało. Nie mając za dużego wyboru ruszyliśmy w kierunku tablicy informacyjnej, która stała jakby na wzgórzu, gdzie było trochę piasku. To był dobry ruch. Przed nami z każdym krokiem w górę zaczęła rozciągać się niezwykła, jakby apokaliptyczna panorama pustynna. I znów – stanęliśmy bez słowa, szczęki opadły nam gdzieś w okolice kolan aż słychać było głuche plaśnięcie o piasek. Kłęby piachu wirowały pod naszymi stopami kiedy szliśmy w stronę wzgórza znajdującego się nad samym morzem. Kilometry wydm były po naszej lewej i prawej stronie, tony piasku, miliardy ziarenek. Znaleźli się też ludzie, jak mrówki podążający w tym samym kierunku co my. Stanąwszy na czubku poczuliśmy się trochę jak na szczycie wszechświata, a może w jego centrum? Gdzieś w tle ogłuszającego wiatru przebijała się cisza. Gdzieś zza tego wycia, które świdrowało uszy i wtłaczało piasek w najmniejsze zakamarki ciała wydostawał się spokój. Stwierdziliśmy, że pójdziemy dalej, tam gdzie ludzi już nie ma. Wydawało nam się to proste, jednak pokonanie nawet tych 300 metrów gdy zawierucha zginała nas w pół było nie lada wyzwaniem. Pomimo ziąbu najlepiej spacerowało się boso, czując pod stopami pierwotną potęgę natury.

Na pustyni spędziliśmy ponad 3 godziny wpatrując się w kotłujące się jak na japońskich rycinach bałwany fal i w bezkresną dal piasku. Potem ruszyliśmy w poszukiwaniu wielbłądów i kolejki linowej. Kolejkę znaleźliśmy, okazało się jednak, że to atrakcja “sama dla sie” i nie ma większego sensu, bo jej długość to ok. 50 m. Po prostu przejeżdża nad ulicą. Z wielkim mozołem w 5 min pokonaliśmy więc tą trasę pieszo, ale za ulicą wielbłądów nie było również. Okazało się, że zbyt wietrznie, jakbyśmy nie zauważyli.

Wróciliśmy do domu pieszo, tym razem znając drogę. Znów powitała nas pustka miasta i tym razem – cisza nocy.

dsc_7722dsc_7723dsc_7724dsc_7729dsc_7737dsc_7738dsc_7739dsc_7740dsc_7745dsc_7752dsc_7756dsc_7761dsc_7776dsc_7778dsc_7780dsc_7786dsc_7790dsc_7803dsc_7808dsc_7809dsc_7826dsc_7844dsc_7853dsc_7854dsc_7862dsc_7863dsc_7864

Jingle bells in Tokyo

Co prawda w Japonii jest zaledwie 1,6% chrześcijan (około 1,3 miliona ogółem – katolików, prawosławnych i ewangelików), zaś większość Japończyków deklaruje się jako ateiści, święta Bożego Narodzenia mają tutaj swoje zaszczytne miejsce w rocznym kalendarzu wydarzeń i imprez.  Tokijczycy z zapałem dekorują miasto jeszcze bardziej niż zwykle świecącymi ledami, panienki w sklepach poprzebierane są za śnieżynki, z nogami odsłoniętymi tak wysoko, że żonaty facet nie powinien zerkać w obawie, że dostanie wałkiem po głowie od swojej połowicy, w sklepach z ryczących głośników rozbrzmiewa nieśmiertelne, w przeciwieństwie do George’a Michaela, „Last Christmas”  a na wystawach królują bałwany w kimonach.

W japońskiej tradycji grudzień to shiwasu (師走), ostatni miesiąc przed Nowym Rokiem, który zawsze zwiastuje ważne zmiany. Święta Bożego Narodzenia, które przyszły do Japonii wprost ze Stanów Zjednoczonych, idealnie wkomponowały się w lokalny tryb życia. Choć każdy Japończyk wie czym jest Kurisumasu (Christmas), nie do końca potrafi powiedzieć dlaczego i po co. Ale po co wiedzieć takie rzeczy, skoro w sklepach możemy zobaczyć pięknie udekorowane choinki, skarpety Św. Mikołaja, gamy różnych prezentów dla bliskich. Poza oczywistym wrażeniem komercjalnego charakteru świąt, w zasadzie nie spodziewaliśmy się, że faktycznie czuć ich atmosferę. Ogólne wrażenie nieco psuje pogoda. Nierzadko można doświadczyć w Tokio 20 stopni w ostatniej dekadzie grudnia, więc piękna wizja świątecznego śniegu lub mrozu to całkiem abstrakcyjna perspektywa.

Nie byłoby świąt bez pieniędzy. Rozumie to każdy polski pracownik i pracodawca, nie trzeba tego tłumaczyć. Nie inaczej jest w Japonii. O tym, że zbliża się Kurisumasu świadczą końcowo roczne premie finansowe, nazywane bonasu. Jeżeli już są wypłacane, wahają się w przedziale od 30% do 200% miesięcznego wynagrodzenia. Biorąc poprawkę na to, że średnia pensja w Tokio wynosi około 450 tys. jenów (około 12 tys. złotych), nawet te 30% wygląda dla każdego Japończyka niezwykle kusząco. Podobno premie te są wielkim testem dla wszystkich – czy pracownicy pracowali ciężko, czy pracodawcy potrafili docenić swoich podwładnych. Wstrząsają nawet małżeństwami. Nie chodzi tu o same pieniądze, ale istnieje w Japonii dosyć bliski Polsce zwyczaj przepijania premii przez mężczyzn. Jeżeli premia jest mała, nie da się z nią nic zrobić, więc trzeba ją przepić. Jeżeli premia jest duża, trzeba to uczcić, najlepiej stawiając każdemu koledze kolejkę. Nie ważne co brać za motyw, nie ważne czy to picie ze smutku, czy z radości, japońskie żony nie są zachwycone z widoku podchmielonych mężów, którzy sprowadzają do domu o 3:00 w nocy swoich kolegów, gdyż wesoła kompania, upodlona i śmierdząca potem wymieszanym z ryżowym sake, nie zdążyła na ostatni pociąg. A ponieważ w Tokio nie ma dobrej nocnej komunikacji, zaś taksówki wymagałyby wydania reszty lub drugiej premii, ten który mieszka najbliżej ma moralny obowiązek zapewnić nocleg. Podobno największe cwaniaki przed wyjściem na „jedno piwko” z kolegami z pracy zamieniają się w kartografów, przygotowując propozycje pubów możliwie najdalej od własnego domu. No, ale zostawanie u kogoś na noc w Japonii też nie jest dobrze widziane. Tak źle i tak niedobrze. Żona i tak będzie krzyczeć. Chyba rzeczywiście trzeba się napić.

Mając jakąś tam część premii za sobą, można przejść do dalszych wydatków, którymi będą świąteczne prezenty. Myślę, że nie ma sensu opisywać japońskich prezentów, bo wszędzie na świecie wyglądają one w miarę podobnie. Naszą uwagę zwróciły jednak specjalne paczki żywnościowe, jakkolwiek można to nazwać. Paczki składają się przeważnie od 5 do aż 20 sztuk jakiegoś produktu. Tak oto można kupić paczkę 10 rzadkich piw, 20 gazowanych drinków w puszce, a nawet 10 szynek konserwowych. Widzieliśmy także wielki płat mięsa z ekskluzywnego tuńczyka pokrojony na zgrabne filety. Nie wiem jak to ocenić, więc pozostawię tę kwestię otwartą.

W Japonii święta rozpoczynają się 23 grudnia od Święta Urodzin Cesarza, który jest jednocześnie dniem wolnym od pracy. Jest to oczywiście przypadek, iż obecnie panujący Akihito, czyli cesarz Heisei, urodził się zaraz przed Bożym Narodzeniem, jednak już od 28 lat, dzień ten wyznacza początek świątecznego okresu. Sporo Japończyków wybiera się do sklepów na duże zakupy, szczególnie w poszukiwaniu prezentów na ostatnią chwilę.

Warto wspomnieć, że i tradycja kiermaszów świątecznych zawędrowała do Tokio. Tłumnie przybywają na nie, by napić się gorącego grzańca, zachwycić tłustą kiełbasą serwowaną z innym niż słodkim chlebem i poekscytować pląsającym po stołach Antonem – piosenkarzem, który lekko podchmielony już zawodzi przeboje Leonarda Cohena, przystrojony w czapkę Mikołaja i łańcuch ze światełek.

24 grudnia to już normalny pracujący dzień, ale jest wyjątkowy, gdyż wieczorem Japończycy zbierają się na wspólnej kolacji. Nie jest to żaden odpowiednik polskiej rodzinnej Wigilii, lecz wieczorna impreza, na której mogą znaleźć się wszyscy znajomi. Dla wielu Polaków potrawy mogłyby wydawać się szokujące, bo Japończycy jedzą tego dnia specjalne rodzaje pizzy, kurczaki z KFC, hamburgery z podsmażanym bekonem. Najważniejsze, aby jedzenie było w zachodnim stylu, czyli yōfū ( 洋風 ). Osobiście otrzymaliśmy kilkanaście ulotek od lokalnych barów, ale podziękowaliśmy. J Nie umniejszając polskim pierogom,  uszkom, barszczykowi, które wszystkie uwielbiam i na które zawsze czekam, dobrego kurczaka z KFC, którego tutaj w Japonii brak, zjadłbym bardzo…

Cdn.

Nara

Przedostatni dzień pobytu w Kioto zdecydowaliśmy poświęcić na zwiedzenie Nary. Jako miłośnicy zwierząt nie mieliśmy za dużego wyboru- daniele, które chodzą ulicami w centrum miasta, zabytki i historia – to brzmiało jak japoński raj. Z naszej stacji jechaliśmy pociągiem ok. 45 minut, czyli mniej więcej tyle ile zajmuje przejazd do centrum Wrocławia w korkach. Niektórzy mieszkańcy Kioto (Kiotijczycy? Kiocijczycy?) jeżdżą do pracy do Nary, jednakże tym razem pociąg był praktycznie pusty. Poranne słońce mocno już grzało, mimo października temperatura oscylowała w okolicy 20 stopni Celsjusza. Po drodze nasze oczy cieszyły urokliwe pejzaże japońskiej “wsi” z górami w tle.dsc_7395 Nie zdążyliśmy dobrze wysiąść z pociągu, a porwał nas tłum zmierzający w stronę historycznej dzielnicy. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej powitały nas wielkie czarne nosy wtykające się w każdą szczelinę i usiłujące biciem głową wymusić chrupka. Jeśli chrupka nie macie ze sobą, bez obaw – stare Japonki pamiętające samurajów sprzedają na malusich stoiskach całe paczki. Oczywiście i my musieliśmy nabyć, no bo jak to, nie nakarmić jelenia? A france są zachłanne, tylko by żarły i żarły, nie mogliśmy nadziwić się ich nienasyceniu. Po ok. 20 minutach już oswoiliśmy się z tym, że gdziekolwiek by się nie ruszyło to podąża za Tobą brązowy cień na chudych nóżkach, który patrzy ze zdegustowaniem na Twoją torbę i mimo, że tłumaczysz mu w najprostszych słowach, że nie masz już chrupa, on zdaje się Ci nie wierzyć. Ciamajdy te mają jedną zaskakującą umiejętność – do perfekcji wręcz opanowały kłanianie się, więc jeśli ktoś marzy o dworskich manierach – voilà! Jelonki przychodzą z pomocą. Oczywiście my jak przystało na zapalonych turystów kłanialiśmy się co rusz, co wyglądało z boku zapewne jak dziwny taniec godowy. dsc_7400dsc_7403dsc_7438dsc_7446dsc_7461dsc_7473

Kawałek za pierwszym jeleniowym skwerem trafiliśmy na festiwal food trucków. No bajka, coś co tak lubimy w Polsce a tu nagle wydanie japońskie! Niestety byliśmy po śniadaniu, więc nie byliśmy specjalnie głodni, ale nie odmówiliśmy sobie po chrupiącej słodkiej bułeczce na jednym ze stoisk.dsc_7427dsc_7428dsc_7430

Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej znajdowało się wejście do parku – wyjątkowo jak na Japonię – darmowe. Stwierdziliśmy, że musimy go zobaczyć, także dziarsko ruszyliśmy w stronę bramy. Park okazał się niezwykle urokliwy i pusty, można było się poczuć jak w bajce braci Grimm, gdzie po lesie hasają różne stworki, a zwierzęta żyją z nimi w niezwykłej symbiozie. Tym razem daniele żyły w symbiozie z nami, a my wcieliliśmy się w rolę krasnoludków. Co ciekawe, mimo tego, że w centrum widok jeleni robił dziwne wrażenie, bo z jednej strony nowoczesność, kable, szkło, a z drugiej zagubione trochę zwierzaki, o tyle w parku mieliśmy wrażenie wejścia do trochę innego świata, w którym to my byliśmy intruzami. Jakby za magiczną kotarą daniele wiodły swoje spokojne życie i z łaskawą powagą patrzyły na gości, nie żebrząc już, a jedynie dumnie przechadzając się po mchu. Warto też zwrócić uwagę, że w zasadzie na każdym kroku można spotkać znaki mówiące o tym, że zwierzęta te nie są udomowione, a dzikie, że nie należy ich zaczepiać a jedynie czekać aż one podejdą do nas. Widać przez to, kto tak naprawdę rządzi w Narze.dsc_7478dsc_7484dsc_7486dsc_7488dsc_7490dsc_7501dsc_7503dsc_7516dsc_7519dsc_7526

Z parku poszliśmy w górę, razem z tłumem ludzi, ku świątyniom. Powitała nas niesamowicie malownicza droga, znów sprawiająca wrażenie jakby ją wyrwano ze świata magii. Była jakaś analogia pomiędzy Fushimi Inari a tą ścieżką, z tym, że tutaj tej aury dodawały kamienne posągi i daniele wyglądające ciekawie na turystów. Niektóre co śmielsze osobniki wychodziły na drogę, stawały na środku i zdawały się mówić „ Witajcie w mojej krainie człowieki!”. Jelenie i ludzie mieszkający w mieście wspaniale koegzystują – zwierzęta zaglądają ciekawie do sklepów, w poszukiwaniu ciastek a sprzedawcy podchodzą do nich jak do ważnych klientów. Świątynia, do której dotarliśmy robiła spore wrażenie, szczególnie zważając na to, że było z niej przepięknie widać panoramę Nary. Miłym akcentem była izba, w której podróżnik spragniony po wspinaczce mógł odpocząć i napić się darmowej zielonej herbaty. Niestety nie dotarliśmy do słynnego posągu Buddy, po całym dniu wędrówki byliśmy już zbyt zmęczeni, a po błądzeniu wśród stromych uliczek zorientowaliśmy się dopiero na dole, że ominęliśmy tą atrakcję. Udało nam się za to trafić do niezbyt znanego pasażu, w którym próżno szukać było turystów, a gdzie co krok wystawiali się lokalni artyści ze swoimi dziełami. Można było znaleźć tam cuda, karykatury kotów, miniaturowe jedzenie, skórzane kapcie, indiańskie łapacze snów. Spędziliśmy tam dobre 1,5 h, zanim postanowiliśmy coś zjeść i następnie – ruszyć w drogę powrotną.dsc_7532dsc_7536dsc_7544dsc_7550dsc_7552dsc_7562dsc_7580dsc_7585dsc_7586dsc_7592dsc_7600dsc_7601dsc_7605dsc_7606dsc_7611dsc_7615dsc_7622dsc_7623dsc_7625dsc_7628dsc_7630dsc_7636dsc_7639